Prolog
- Przepraszam, czy mógłbym tutaj z tobą posiedzieć? – usłyszałem
zdyszany głos nad głową.
Spojrzałem na niego. Zapuchnięte oczy, nabrzmiała od uderzenia warga i
trzęsące się ciało. Widziałem jak starał się to przede mną ukryć. Jego twarz przypominała
tamę, która prawie pękała pod naciskiem łez. Jego wargi obijały się o siebie w
bardzo szybkim rytmie. Tym jednym zdaniem zdziwił mnie, a zarazem przypomniał
jak kiedyś byłem tutaj, na jego miejscu. Był młody. Mógł mieć około dwudziestu
lat. Wyraźnie przestraszony konkretną sytuacją chłopiec, oczekiwał dziś czegoś
ode mnie. Potrzebował pomocy.
- Możesz, oczywiście – odpowiedziałem poważnym tonem – Może zaprowadzę
cię do lekarza? Ktoś powinien to obejrzeć.
Spojrzał na mnie zdziwiony, jakby nie takiej odpowiedzi oczekiwał. Byłem
za bardzo zmęczony, by o tym myśleć. Kilka godzin wcześniej definitywnie
pożegnałem Adriana. Później uprawiałem seks z człowiekiem, którego imię ledwie
pamiętałem. A jednak te jego przepełnione łzami oczy sprawiły, że chciałem go
wysłuchać. Usiadł. Nie mówił nic. Skulił głowę i patrzył w ziemię. Całe jego
ciało trzęsło się, mimo że ubrany był bardzo ciepło.
- Jak ci na imię? – spytałem po dłuższej chwili milczenia. Podniósł
głowę i znów spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem.
- Moje imm-iee? – powtórzył
drżącym głosem.
- No tak – potwierdziłem zdumiony – Musisz mieć jakieś imię.
- M-m-m-m-ichał – wydukał cicho – Dlaczego chcesz znać moje imię?
- Ponieważ za kilka sekund zamierzam zapytać ponownie czy mogę ci jakoś
pomóc – zacząłem tłumaczyć, starając się aby
mój głos był jak najbardziej spokojny – Muszę więc cię jakoś nazywać.
- Przepraszam – powiedział. Czułem że jego głos się uspokaja – Ludzie
rzadko zwracają się do mnie używając mojego imienia.
- Rozumiem, czyli masz jakąś ksywkę, tak? Jeżeli mi ją podasz, to mogę
również tak zwracać się do ciebie – wyjaśniłem.
- Wolałbym nie – odpowiedział niepewnie. Widziałem w jego oczach
napływające emocje.
- Dlaczego? Jest śmieszna? Wulgarna? To żaden kłopot. Jeżeli tak lubisz,
to będę się tak do ciebie zwracał.
- Nie chodzi o to – wyszeptał.
- A o co chodzi? – starałem się aby mój głos brzmiał bardzo cierpliwie –
Nie martw się, możesz mi powiedzieć.
- Wolę abyś mówił do mnie Michał. Nie chcę byś zwracał się do mnie jak ci,
których ja imienia nie znam.
- A jak oni się zwracają do ciebie? – spytałem.
- Bardzo różnie – odpowiedział chłopiec – Nadali mi wiele imion.
- Przepraszam, nie rozumiem – powiedziałem ze zdumieniem – Jakie jest
więc twoje najpopularniejsze imię?
- Ciota! – powiedział głośno przerywając tamę w oczach – Ciota! Pedał!
Jebany Cwel!
Skulił głowę i oplótł ją dłońmi, zakrywając przy tym uszy. Zupełnie
jakby na coś czekał. Na coś złego. Zrozumiałem po chwili. Czekał na mój ruch.
Zakrył uszy, by nie słyszeć moich wyzwisk. Zakrył głowę, bym nie powielił
śladów po uderzeniach na jego twarzy. Czułem, że spodziewał się ciosu zadanego
przeze mnie. Bał się. Mogłem to wyczuć przez trzęsące się ciało. Zrobiło mi się
przykro. Wiedziałem, że w tym momencie muszę przekazać mu swoją siłę. Sytuacja
jednak była tak silna emocjonalnie, że łza cisnąca się do mojego oka spłynęła
po policzku. Przetarłem szybko twarz ręką. Nie wiedziałem co zrobić. Po
oznajmieniu mi swojego głównego imienia zapadła cisza, w której mój nowy
znajomy czekał na wielki cios psychiczny lub fizyczny. Przeraził mnie fakt, że
był tego w takim stopniu pewien, jak ja tego, że zjadłem dziś jajka na
śniadanie. Ciszę zakłócało tylko skrywane w dłoniach szlochanie. Czułem jak
serce pęka mi przez świadomość i znajomość bólu, którego właśnie doświadczał. I
tego strachu. Wprawiającego w dreszcze całe ciało. Wywołującego jąkanie i brak
chęci na cokolwiek. Strachu, który sprawia, ze zatraca się świadomość własnej
wartości. Olbrzymiej bojaźni, która kiedyś i mi zawiązała pasek na szyi.
Wyciągnąłem dłoń. Uniosłem ją nad jego głową. Nie chciałem go wystraszyć.
Delikatnie położyłem dłoń na jego ciemnych, gęstych włosach i delikatnie,
powoli zacząłem go głaskać. Chciałem pokazać mu dobry dotyk, uświadomić że tej
nocy trafił w dobre i bezpieczne miejsce.
- Czego boisz się najbardziej? – spytałem cicho przysiadając się bliżej
niego.
- A ty? – wyminął pytanie – Dlaczego mnie nie uderzysz jak wszyscy?
Dlaczego nie każesz mi wypierdalać, a wcześniej wyzwiesz słowami, których
istnienia jeszcze nie znam?
- Dlaczego miałbym to zrobić? – spytałem chłopca.
- Tak robią wszyscy – powiedział podnosząc głowę i patrząc mi prosto w
oczy – Mówią, że wyglądam jak baba. Czasami krzyczą na ulicy o tym, co robię w
łóżku z innym mężczyzną. Czasami biją w szkolnej toalecie i grożą, że
rozpowiedzą wszystkim że jestem pedałem jeżeli ich wydam.
- Powiedziałeś o tym komuś? – spytałem młodzieńca
- Nie! – odpowiedział jakby od tego znaczyło jego dalsze istnienie –
Nawet nie wiem dlaczego mówię to tobie.
- Spokojnie – starałem się go uspokoić – Możesz mi zaufać. A twoi
rodzice?
- Mało ich to obchodzi – czułem, że znowu zbiera mu się na płacz – Ich
nigdy nie ma w domu. Rzadko pytają mnie o moich znajomych, o to z kim byłem i
gdzie byłem. Oni po prostu są. Stojąc z boku. Nie mogę im o tym powiedzieć. Nie
mogę im się pożalić. Mało rzeczy mnie nauczyli, które mógłbym z nimi robić. Nie
mogą się dowiedzieć. Znam ich. Wstydziliby się za mnie przed wszystkimi ludźmi.
Pewnie by się mnie wyrzekli.
- Mogę ci pomóc – powiedziałem uśmiechając się do chłopca – Porozmawiaj
ze mną.
- Dlaczego chcesz mi pomóc? Dlaczego jesteś dla mnie taki miły? – spytał
wolno odsuwając się ode mnie.
- Dlatego, że przypominasz mi kogoś. Chłopca, który kiedyś był
przestraszony tak jak ty – starałem się mu wytłumaczyć ale przerwał
- Gdzie on teraz jest?
- W pewnym sensie zniknął – zacząłem – Zmienił się. Poznał wiele różnych
osób na swojej drodze. Z każdej starał się pobrać coś nowego, innego. Miał w
sobie wielką dawkę naiwności, ofiarowując za każdym razem siebie jako czystą kartkę, dla nowopoznanej osoby. Z
biegiem czasu, niezauważalnie dla samego siebie, wypracował swoją osobowość.
Sam siebie umiał najlepiej ocenić, nie budując jednocześnie wokół siebie hipokryzji.
- Nie rozumiem do końca – znowu przerwał młodzieniec – Ale gdzie on jest
teraz? Czy możesz mi coś o nim opowiedzieć?
- Dlaczego chcesz o nim słuchać? – spytałem – To ja miałem tobie pomóc.
- Nikt mnie nigdy nie słucha – zaczął cicho – Pewnie przez to ja nie
umiem o sobie mówić. Nikt, jak ty teraz, nie spytał mnie nigdy o moje życie.
Ludziom w moim otoczeniu, wydaje się chyba że wszystko o mnie wiedzą.
- Opowiedz mi o dzisiejszym wieczorze Michale – powiedziałem – A ja
opowiem ci o małym chłopcu.
- Za kilka dni Nowy Rok. Mieliśmy spędzać go razem – zamknął na chwilę
oczy. Podejrzewałem, że chciał powiekami zatamować łzy.
- Ty i…?
I
Michał
1
Jak zwykle obudziła go matka. Nigdy nic nie mówiła. Po prostu
przychodziła i pilnowała, aby podniósł się z łóżka. Następnie wychodziła. Dbała
o swojego szesnastoletniego syna, jednocześnie nie pokazując mu nadmiaru
miłości. Codziennie czekały na niego starannie zapakowane kanapki, chociaż
nigdy nie widział jak je przygotowuje. Łóżko miał posłane za każdym razem, gdy
wracał z porannej toalety, chociaż również nie zdarzyło mu się zobaczyć jak to
robi. Czuł wszędzie zapach swojej matki, ale nigdy nie doświadczał jej
obecności. Oprócz tych kilku sekund, gdy stała nad jego łóżkiem, czekając aż
się z niego podniesie. I wieczorów, kiedy przynosiła mu kolację do pokoju,
oznajmiając aby zjadł ją przy biurku, odrabiając lekcje. Ojca widział rzadko.
Często wyjeżdżał w delegacje, z których nigdy nie przywoził prezentów. Ostatnim
podarunkiem był duży ciężarowy samochód. Sterowana pilotem, doskonała imitacja
prawdziwej ciężarówki. Ojciec tak ochoczo pokazywał synowi prezent, machając
pilotem i każąc dziecku wodzić wzrokiem poruszający się przedmiot. Uśmiech z
jego twarzy zniknął, gdy zauważył że chłopiec nie przykłada większej uwagi do
tej zabawy. To był ostatni prezent od ojca.
- Pa mamo! – powtórzył jak zwykle nie czekając na odpowiedź.
W drodze do szkoły kupił paczkę papierosów. Ostatnio traktował palenie
jako swoje ulubione zajęcie. Papieros zawsze był przy nim. Mógł celebrować z
nim każdą chwilę. Czuł, że papieros może być jego przyjacielem. No i był
jeszcze Cyryl. Myślenie o nim zawsze wywoływało uśmiech na twarzy chłopca. Poznali się pół roku temu na internetowym
portalu randkowym. Po kilku dniach rozmów postanowili się spotkać. Od tamtego
czasu widywali się codziennie. Uczyli się w tej samej szkole, którą Cyryl w tym
roku już kończył. Nie rozmawiali o tym, co będzie dalej. Michał wiedział, że
będą razem do końca życia. Chciał tego tak bardzo, jak przywrócenia uśmiechu na
twarzy ojca, który wracał z kolejnej delegacji. Chciałby móc zaprosić Cyryla do
domu na obiad, który zjedliby razem z mamą i tatą. Nie raz wyobrażał sobie
sytuacje, w których oboje opowiadali rodzicom chłopca, o dniu spędzonym w
szkole. Tylko przecież tych wspólnych obiadów nie było. Tylko przyklejona na
kuchence mikrofalowej kartka
Włącz na 3 min.
Surówka jest w lodówce. Mama
Mama. Tak bardzo chciał aby mogła zdobyć się na jakieś uczucia. Nie
potrafił oswoić się z sytuacją, która dla nich była normalnością. I ta wigilia
trzy dni temu. Matka podała wszystkim talerzyk z połamanym na kawałki
opłatkiem.
- No to wszystkiego dobrego –
powiedziała szybko – A teraz siadajcie i jedzcie zanim wystygnie.
Jedzenia było dużo. Matka cały dzień krzątała się w kuchni przyrządzając
kolejne potrawy. Kolacja jednak była krótka. Po dwudziestu minutach matka
spytała czy ktoś jeszcze jest głodny. Ojciec nie odpowiedział, tylko wstał od
stołu. Chłopiec pokręcił tylko głową. Kobieta wstała więc z krzesła i cicho
zaczęła zbierać potrawy ze stołu. Pół godziny później słyszał jak matka płacze
w łazience. Przez resztę świąt potrawy były obecne w lodówce, gdyby ktoś jednak
był głodny. Wigilijny stół był w tym roku nakryty jedynie w Wigilię.
2
- Cześć – powiedział Michał
podchodząc z zaskoczenia do swojego chłopaka.
- Cześć Michaś – odpowiedział wyciągając przed siebie rękę.
Odwzajemnili uścisk. Wiedzieli, ze tylko na tyle mogą sobie pozwolić w
tej szkole. Mieli świadomość jednak, że później spotkają się jak zawsze w swoim
ustalonym miejscu i tam będą mogli rozmawiać o swoich uczuciach i wyrażać je
bardziej fizycznie. Czasami Michał zapraszał swojego chłopaka do siebie.
Rodzice wracali późno, więc spotkania u niego nie stanowiły problemu. Odkąd
tego jednego razu, kiedy ojciec nagle wrócił do domu i Cyryl musiał schować się
pod łóżkiem. Minęła minuta, po której zdali sobie sprawę z tego jak bardzo
niepotrzebne to było. Bo przecież ojciec i tak nie wszedłby do pokoju syna
oznajmiając swój powrót. Tak więc witali się w szkole. Uścisk dłoni, szybkie
wzajemne życzenie miłego dnia, po których każdy udawał się na swoje zajęcia. Nagle
twarz Cyryla spoważniała.
- Muszę już iść – powiedział szybko do swojego chłopaka – Zobaczymy się
później.
- Dobrze – odparł Michał
Po tym Cyryl zniknął w pośpiechu za rogiem szkolnego korytarza. Michał
czuł coś dziwnego w zachowaniu swojego chłopaka tego dnia. Nie ten sam uścisk,
nie taki jak zwykle uśmiech, i do tego znikający z twarzy w takim pośpiechu. A
na koniec zdenerwowanie i ta szybka ucieczka. Pomyślał przez chwilę, że jego
partner może mieć jakieś problemy rodzinne. Nie mógł się doczekać aż po
lekcjach wszystko mu wyjaśni.
- Cześć cioto! – usłyszał nagle zza pleców. Obrócił się – Tak, do ciebie
mówimy. Co tak stoisz sparaliżowany? Wyglądasz jak jebany pedał! Własna matka
na pewno się ciebie wstydzi!
Zbyszek i jego grupa. Nienawidził
ich. Tym razem po rzuconym wyzwisku po prostu odeszli. Czasami było inaczej.
Kiedyś złapali chłopca w toalecie. Rzucając wtedy kolejne epitety ściągnęli
spodnie i kazali mu się przyglądać jak się masturbują. Byli zawsze we trójkę.
Jeden z nich zazwyczaj pilnował drzwi, aby nikt nie mógł wejść. Chłopiec zdawał
sobie sprawę z faktu, że nawet pojedynczo, każdy z nich jest silniejszy od
niego samego.
- Patrz na nas jebana cioto! – mówił głośno Zbyszek – Patrz i żałuj, że
nigdy go do swojej parszywej mordy nie dostaniesz!
Nie chciał patrzeć. Dostał wtedy cios z pięści w plecy. Upadł na
posadzkę. Płakał. Został tam czekając aż zlitują się i wyjdą. Innym razem było
odwrotnie. Nakazali, aby to on się masturbował. Kiedy oświadczył, że tego nie
zrobi w nagrodę otrzymał cios w brzuch od Zbyszka. Upadł wtedy na podłogę.
Kolejne dwa kopniaki w brzuch nie zrobiły już większej różnicy i bólu niż ten,
którego już doświadczał.
- Wstydzisz się patrzeć jebany pedale?! – powiedział Zbyszek pochylając
się nad chłopcem i chwytając jego twarz w swoją dłoń – Teraz się wstydzisz, a
innym dupy dajesz bez zastanowienia?! Brzydzę się tobą i innymi podobnymi do
ciebie cwelu!
Skończyło się na splunięciu w twarz i ostatecznym kopniaku w brzuch.
Wstał jak zwykle w momencie, kiedy zniknęli za drzwiami toalety. Wytarł z
twarzy flegmę Zbyszka. Nie wrócił już tego dnia na lekcje. Nie spotkał się też
z Cyrylem. Płakał w swoim pokoju modląc się, by matka nie była w stanie go
następnego dnia obudzić.
3
- Jestem – powiedział Michał do swojego chłopaka
- Wreszcie – odpowiedział Cyryl – Co tak długo?
- Zatrzymali nas na ostatniej lekcji. Babka zadała nam jakieś głupie
zadanie domowe. Nieważne. Pocałuj mnie – powiedział chłopiec przysuwając się do
swojego partnera
- Poczekaj – powiedział pośpiesznie Cyryl – Musimy pogadać.
- Wiedziałem, że coś nie tak – rzucił Michał – Co się stało?
- Nie mogę już tak dłużej – powiedział partner
- Ale jak?
- Nie rozumiesz? – spytał zdenerwowanym tonem – Nie widzisz jak ludzie
cię traktują? Jak na ciebie patrzą i jak obgadują za plecami? Myślisz, ze jak
mi o tym nie mówisz, to nic nie wiem? Zbyszek przychodzi do mnie czasami.
Wiesz, że daje mu korepetycje. Ojciec mi kazał. Wiesz, ze muszę, że nasi starzy
się kumplują.
- Wiem – powiedział cicho Michał
- No wiesz, no oczywiście że wiesz – zaczął mówić dalej – Wiesz, bo ja
ci o tym mówię. I co ja mam niby zrobić? Wczoraj spytał mnie skąd cię znam i
dlaczego ci mówię cześć. I co miałem mu powiedzieć? Że się pieprzymy po
lekcjach w lasku? Że chodzę do ciebie i robimy to, co brzydzi go najbardziej na
świecie i za co dostajesz od niego łomot? Tak, opowiadał mi o tym jak cię
uderzył. Więc co ja miałem niby mu odpowiedzieć?
- I co powiedziałeś? – spytał smutnym głosem młodzieniec
- No co, no powiedziałem mu że moja matka zna twoją. I że tak jak jemu,
daje ci korki. Że mama mi kazała. Myślisz, że mi to na rękę? Sądzisz, że
chciałem tak kłamać? Ale co zrobić? Widziałem, go dzisiaj jak szedł w naszą
stronę. Dlatego poszedłem. Nie mogę tak dłużej, rozumiesz? Nie mogę być taki.
To mnie zniszczy. Nas. Nie może być nas. Wiesz dobrze o tym.
- Co to oznacza?
- Muszę iść. Nie wiem. Nie chcę -
gubił się Cyryl – Musimy to tak zostawić. Przykro mi. Mogę ci mówić cześć.
Powiedziałem Zbyszkowi, że muszę, że mama i tak dalej. Muszę iść, rozumiesz?
Muszę, musimy, tak musi być. Chodź, pocałuj mnie ostatni raz. Proszę, ten
ostatni raz mnie pocałuj!
- Odejdź – powiedział Michał wyrzucając z siebie coraz to nowe łzy – Po
prostu odejdź.
Płakał długo. Nie mógł zapanować nad wciąż płynącymi z oczu łzami.
Położył się na trawie. W miejscu, które przez ostatnie pół roku dzielił z
Cyrylem, nadal czuł się bezpiecznie. To właśnie ten kawałek parku był całym ich
światem. Najlepszym poświadczeniem uczucia, które miało przecież trwać
wieczność. Czuł wirujące w sobie emocje. Wszystkie negatywne uczucia wypierały
każdą wspólną sytuację. Marzenie o wspólnym szczęściu uciekało na inny
kontynent. Wrócił do domu, do swojego bezpiecznego pokoju. Wiedział, że
przecież tam nawet rodzice nie będą mu przeszkadzać.
4
Obudził się po kilku godzinach. Wstał do okna i przyglądał się przez
chwilę poruszanym przez wiatr drzewom. Poczuł, że potrzebuje spaceru. Dusił się
obecnością w swoim niemym mieszkaniu. Już dawno temu stwierdził, że wielkiej
różnicy nie sprawiłaby sytuacja, w której jego rodzice nie umieliby w ogóle
mówić. Dom był pusty. Matka nie wróciła jeszcze z pracy. Ojciec wyjechał na
kolejną delegację. Założył swoje czerwone buty i tego samego koloru kurtkę.
Uwielbiał ciuchy. Wiedział, że wysokim kieszonkowym rodzice rekompensują mu
swoją nieobecność w uczuciach. Wyszedł. Czuł jak chłodny wiatr daje mu
ukojenie. Znieczulał ból wywołany przykrościami, których dziś doświadczył.
Myślał o Cyrylu. Grzebał w świadomości wyobrażenie o cudownym i spełnionym
uczuciu.
- O proszę! – dobiegł nagle głos z przeciwnej strony drogi – Jest i nasz
pedałek! No i co się tak gapisz? Dupa cię swędzi cwelu? Może cię spodnie
uwierają? Dlaczego nie nosisz spódnic mamusi? Nie podpierdoliłeś mamusi szminki
dzisiaj? Chyba nie, bo taka parszywa ta twoja morda jak zawsze! Pewnie w domu
jej ciuszki przymierzasz! Przyznaj się pedale!
- Zostawcie mnie - krzyczał
Michał, kiedy Zbyszek uderzył go z pięści w twarz, a jego kolega przewrócili go
na ziemię – Proszę zostawcie mnie!
- Prosisz pedale?! – krzyczał Zbyszek – Ej, chodźcie tu! Co tak stoicie?
Zobacz stary, posłuchaj jak cwel prosi!
- Zbyszek, daj spokój – powiedział nagle jeden z dwóch podchodzących
chłopaków – Zostaw go.
W tym momencie chłopiec pozwolił sobie na chwilę otworzyć zaciśnięte ze
strachu oczy. Poznał ten głos. Czuł strach, który odpływał wypierany przez ulgę
usłyszanego dźwięku.
To był Cyryl. Pośród nich. Trójka ludzi, których zdążył już znienawidzić
i na dokładkę do nich mężczyzna, którego kochał nad swoje życie. Poczuł się
dziwnie. On z nimi. Jak Judasz między Apostołami. W ciągu jednej sekundy
przypomniał sobie całą dzisiejszą rozmowę w lasku. Zastanowił się przez chwilę
mierząc strach Cyryla z tym, którego sam właśnie doświadczał.
- Zostawić go? A ty co, jego chłoptaś? – krzyczał coraz bardziej
podirytowany Zbyszek – Przypierdol mu!
- Odjebało ci!? – wydarł się Cyryl – Mało już dostał!?
- Dostanie jeszcze więcej ode mnie za chwilę, albo ty raz porządnie mu
przyjebiesz! Wybieraj! – oznajmił
Twarz Cyryla nagle zamarła. Patrzył tępo na Zbyszka w myślach dokonując
własnego wyboru. Reszta czekała z boku również nie wydając z siebie ani słowa.
Nikt nie był w stanie się odezwać. Nawet Michał leżąc na ziemi starał się jak
najmocniej, aby uciszyć swoje łkanie. Nie chciał jeszcze bardziej rozzłościć
napastników. Widział Cyryla, którego nie był w stanie poznać. To nie ten sam
chłopak, który jeszcze kilka dni wcześniej mówił, ze kocha. Nie był tym, który
przytulał i całował gwarantując wspólne szczęście. Był innym człowiekiem niż
ten, który jeszcze niedawno doświadczał pierwszego seksu i po wszystkim mówił jak było mu cudownie.
Michał miał ochotę krzyknąć. Opowiedzieć to wszystkim głośno. Aby za cały ten
ból, mężczyzna jego życia leżał razem z nim na tej ziemi. Nie zrobił tego.
Ostatki szacunku, nie pozwalały aby ktoś wyrządził mu krzywdę. Tym bardziej on
sam. Po chwili ciszy Cyryl ruszył do przodu. Podszedł do leżącego i łkającego
chłopca. Zbyszek obrócił się w ich kierunku. Cała trójka stała teraz za plecami
Cyryla, oczekując na rozwinięcie sytuacji. Michał spojrzał głęboko w oczy
chłopcu, któremu jeszcze tak niedawno mówił że kocha nad życie. Widział jak po
policzku chłopaka spływa łza. Czuł, że żałuje tego co miał za chwilę zrobić. A
jednak wiedział, że wygrywa z nim jego tchórzostwo. I ta ogromna chęć
przynależności do grupy. Stojący młodzieniec otarł ręką łzę.
Przepraszam – powiedział nie
wydając z siebie dźwięku, ruszając jedynie wargami.
Michał posłusznie zamknął oczy. Ten kopniak butem bolał najmocniej.
II
Mały
Chłopiec
1
Wrocław. Mój nowy
kolega z internetowego czata doskonale znał to miasto. Mieszkał tutaj i
pracował kiedyś przez kilka lat. Poznaliśmy się niedawno. Pisaliśmy ze sobą
kilka tygodni. Zaproponował mi podwózkę na sylwestrową imprezę, na którą sam
się wybierał. Nie podobał mi się. Była to jednak okazja, aby poznać więcej
ludzi podobnych do mnie. Zgodziłem się z nim pojechać. Bardziej podobał mi się
jego kuzyn, który nas wiózł. Kilka razy wymieniliśmy spojrzenia, gdy zerkał we
wsteczne lusterko. Żałowałem, że miał chłopaka. Miał na imię Jacek i był bardzo
sympatyczny. Zawiózł nas do Wrocławia, po czym pożegnał się i wrócił do domu,
aby spędzić ten wieczór ze swoim partnerem. Wynająłem dla siebie pokój w
hotelu. Byłem gotów. Miałem prawie dwadzieścia lat i nie znałem wielu gejów.
Pragnąłem z kimś porozmawiać. Zwierzyć się. Zaufać. Poznać kogoś, kto byłby
tylko dla mnie. Mężczyznę, dla którego cały świat nazwałbym jego imieniem.
Czułem że już czas. Paweł zaplanował cały wieczór. Na początek impreza u jego
znajomych. Wsiedliśmy w tramwaj, który zawiózł nas prawie do celu. Szliśmy
jeszcze chwilę pieszo. Chłopak zdecydowanie pokonywał każdy przystanek
tramwajowy, każdą ulicę. Imponował mi. Znajomość tego cudownego miasta musiała
być przecież największym osiągnięciem w dziejach ludzkości. Podziwiałem
każdy chodnik, zapamiętywałem budynki i
upajałem się przestrzenią. Zakochiwałem się w milionach świateł na setkach
budynków. Czułem, że tu należę. Od zawsze wiedziałem, że wyjadę kiedyś z małej
miejscowości, w której przyszło mi żyć. Tego wieczoru zrozumiałem, że moje
miejsce jest w mieście takim jak to. Doszliśmy na miejsce. Drzwi otworzył nam
wysoki, szczupły chłopak. Zupełnie nie w moim typie. Był przystojny. Miał
czarne włosy, doskonale współgrające z ciemnymi oczami.
-Cześć kochana!- wykrzyknął do mojego kolegi po czym pocałowali się
wzajemnie w dłonie, dziwnie wykrzywiając przy tym nadgarstki. Zamarłem.
-Cześć kochana!- niczym żołnierskie odliczanie brzmiały okrzyki
kolejnych domowników. Paweł co gorsza odpowiadał im tym samym. Każdemu z osobna
całując po okrzyku dłoń.
-Cześć! - powiedziałem do pierwszego chłopaka stojącego w kolejce do
mnie, by się przywitać. Wyciągnąłem wyprostowaną do uścisku dłoń jak najdalej
przed siebie. Nie chciałem podzielać ich przywitania.
-Hej!- odpowiedzieli kolejno, podchodząc i ściskając dłoń,
przedstawiając się przy tym.
Przeszliśmy do pokoju. Usiadłem sam na dużej wersalce, podczas gdy oni
wspominali czasy, gdy Paweł jeszcze mieszkał z nimi. W miarę upływu czasu coraz
bardziej czułem się nieswojo. Nie potrafiłem odnaleźć się między ludźmi, którzy
mówili do siebie w rodzaju żeńskim. Rozmawiali o kolejnych kochankach, sprawach
łóżkowych, a także o tym jaki kolor stringów włożyć na dzisiejszą imprezę.
Siedziałem tam jak mały zawstydzony chłopiec. Przez chwilę Paweł pokazywał mi
zdjęcia z imprez, na których był tam z Jackiem.
Oglądając je coraz bardziej podobał mi się ten jego kuzyn. Żałowałem, że
pojechał do swojego chłopaka. Większość czasu jednak spędzałem sam na łóżku,
starając się nie wyjawić zdziwienia dla ich zachowania. A zdziwienie było
wielkie. Punkt kulminacyjny osiągnęło w momencie, gdy wysoki, szczupły kolega
wyjął z szafy ciuch oznajmiając wszystkim, że jego dzisiejsza kreacja była
szyta specjalnie na tą okazję. Chwycił w dwie dłonie czarny materiał i rozłożył
z wielkim podziwem w oczach. Na początku ciężko mi było stwierdzić co to
takiego. Duży, poszarpany, czarny łach. Była to…spódnica. Wprawdzie wzór i
wykonanie było bardzo oryginalne. Gdybym zobaczył jakąś kobietę idącą w takiej
spódnicy na pewno bym zwrócił na nią uwagę. Ale mężczyźni, których do tej pory
poznałem nie nosili nigdy spódnic. Mimo to siedziałem dzielnie przeglądając po
kilka razy te same zdjęcia w albumie.
- Musze zapalić- powiedziałem cicho do Pawła.
- Spoko, idź do kuchni. Tylko tam się pali - uśmiechnął się.
- Czekaj pójdę z Tobą. Nawet największe dziwki palą w grupach -
powiedział właściciel spódnicy po czym roześmiał się głośno z własnego dowcipu.
2
- Fajnie tu sobie mieszkacie wszyscy - powiedziałem zasysając dym
papierosa.
- No, teraz jest ok. Kiedyś sam wynajmowałem pokój w domku, ale raźniej
jest mieszkać z kimś - odpowiedział
grzecznie
- Nie pochodzisz z Wrocławia? - spytałem
- Nie. Pochodzę z małej miejscowości pod Łodzią
- Więc jak znalazłeś się w tym mieście?
- Hmmm… to trochę długa historia - zaczął – Kiedy mieszkasz w małej
miejscowości i zwracasz na siebie uwagę, to ludzie mówią o Tobie. Jeżeli jesteś
do tego gejem, potrafią wyzwać cię na ulicy.
- Mów mi jeszcze. Też jestem z małej mieściny – wyraziłem szczere
zainteresowanie ciągnięciem tematu.
- No widzisz. Mieszkanie tam sprawiało, że byłem przybity. Cierpiałem
kiedy ludzie krzyczeli za mną. Cierpiałem kiedy mnie pobili za bycie pedałem. A
świadomość, że moi rodzice wiedzą o tym wszystkim, wywoływała we mnie depresję.
Co gorsza czułem, że oni sami nie do końca mnie akceptują. Zawsze wiedziałem,
że tam nie pasuję. Czekałem jedynie na dzień, w którym skończę szkołę.
Wiedziałem, że chcąc się utrzymać muszę mieć chociaż średnie wykształcenie, aby
znaleźć pracę. Dzień po rozdaniu świadectw napisałem list do matki i ojca
informujący ich o tym, że od teraz mam zamiar utrzymać się sam. Napisałem
oczywiście gdzie jadę, choć przeczuwałem, że nie będą chcieli mnie szukać. I
nie szukali – jego twarz zamarła. Zupełnie jakby przypominał sobie przeszłość –
Nieważne. W każdym bądź razie spakowałem się w momencie kiedy byli w pracy,
zabrałem odkładane przez kilka miesięcy kieszonkowe i pociągiem przyjechałem
tutaj. Wynająłem mały pokoik w mieszkaniu studenckim. I tak od trzech lat
jestem obywatelem Wrocławia.
- A jak udało ci się utrzymać w dużym mieście? – spytałem
- To dobre pytanie
- Pytam bo sam mam zamiar przeprowadzić się do większego miasta -
wytłumaczyłem nowemu koledze
- Sam nie wiem jak dałem radę. W sumie chyba miałem wiele szczęścia.
Zacząłem chodzić do klubu. Tego, do którego idziemy dzisiaj. Widziałeś moją
spódnicę, uszyłem ją razem z Tosią, naszą współlokatorką. Zawsze miałem wiele
pomysłów na kreacje. Co tydzień wybierając się do Sceny szykowałem sobie nowy
strój. Pewien człowiek zauważył mnie i dał mi swoją wizytówkę. Okazało się, że
ma firmę, która szyje ekstrawaganckie ubrania. Dał mi pracę. Tam poznałem też
Tośkę i tak pracujemy do dziś razem. Z czasem w Scenie poznałem więcej osób. Z
kilkoma zawiązałem przyjaźnie. Antek i Radek szukali mieszkania, Tosia rozstała
się z chłopakiem i musiała wyprowadzić się od niego, więc postanowiliśmy, że
zamieszkamy wszyscy razem.
- A dlaczego akurat Wrocław? – byłem ciekawski
- Wrocław był dostatecznie daleko od Łodzi, bym nie chciał za często
wracać do domu w odwiedziny, a jednocześnie dostatecznie blisko na podróż
autem, gdyby rodzice chcieli mnie odwiedzić.- wyjaśnił.
- Powiedziałeś, że cię nie szukali. Co to znaczy? – wyczułem
zakłopotanie w jego oczach – Przepraszam jeśli za dużo pytam. Czasami nie wiem
kiedy przestać. Jeśli nie chcesz, nie odpowiadaj.
- Nie ma problemu. Już sobie z tym poradziłem. Dobrze jest jak jest. Nie
szukali mnie, bo nie mieli na to najmniejszej ochoty. Tak naprawdę to zrobiłem
im przysługę – widziałem rosnący w jego oczach smutek.
- Przysługę? – spytałem zdziwiony – Nie rozumiem
– Wstydzili się mnie. Pewnie sami z czasem pozbyliby się mnie z domu.
Pamiętam jak po roku mieszkania we Wrocławiu zadzwoniłem do mamy. To były moje
urodziny. Czas kiedy, chociaż z obowiązku, składali mi życzenia i dawali
prezent. Czas, w którym czułem, że do kogoś należę, do nich. Przez cały ten rok
nie zadzwonili i nie szukali mnie. Więc ja zadzwoniłem do nich. Chciałem im
powiedzieć, że sobie radzę, że wszystko jest w porządku i żeby się nie
martwili. W duchu marzyłem, że mama
oznajmi mi do słuchawki, że czeka na mnie z tortem. Byłem gotów wsiąść w pociąg
i przyjechać do nich, chociaż na ten jeden dzień. Chciałem, żeby mnie
przytuliła i powiedziała, ze kocha mnie takiego jakim jestem i jakiego sam w
sobie zaakceptowałem. Nie powiedziała.
- Ale rozmawiałeś z nią? – moja ciekawość narastała coraz bardziej
- Tak, chwilę. To było bardzo niezręczne. Zanim zadzwoniłem wyobrażałem
sobie tę rozmowę. Myślałem, że albo się rozpłacze, albo nakrzyczy na mnie, że
tak wyjechałem bez słowa i do tego przez cały rok nie dałem znaku życia.
Powiedziałem „mamo to ja, Czarek”, a ona na to „a, to ty”. Zdziwiłem się jej
reakcją, więc postanowiłem sam pociągnąć rozmowę. Powiedziałem, że wszystko u
mnie dobrze i żeby się nie martwili. Mówiłem przez chwilę, kiedy zdałem sobie
sprawę, że ona tylko słucha, że nie powiedziała żadnego słowa, po którym
wyczułbym zainteresowanie tym, co do niej mówiłem. Urwałem więc rozmowę.
Nastąpiła chwila ciszy. Nagle spytała po co właściwie zadzwoniłem.
Wytłumaczyłem, że chciałem wiedzieć co u nich oraz powiedzieć, że w ogóle żyję.
Wtedy ona zaczęła mówić. Tylko, że jej ton głosu był zupełnie przeciwstawny do
mojego. Nie było w nim ani odrobiny uczucia matczynej miłości, tęsknoty, czy
też zmartwienia. Nic.
- Domyślam się, że rozmowa nie potoczyła się dobrze – wskoczyłem w
wypowiedź kolegi. Czułem, że chciałbym coś powiedzieć ale każde słowa wydawały
się zbyt banalne, jeśli miałyby się odnosić do tej historii. Pozwoliłem mu więc
mówić dalej.
- Powiedziała… - urwał nagle na chwilę - Tych kilku zdań nigdy nie
zapomnę. „Wiesz Czarek, poradziliśmy sobie z twoim odejściem. Wiem, że jesteś
mądrym chłopakiem i zrobiłeś to, co było najlepszym rozwiązaniem dla wszystkich.
Ojciec twój wyrzekł się ciebie, a ja, jako dobra żona, muszę zgodzić się z jego
zdaniem i zakazem kontaktowania się z tobą. Twój młodszy brat już nie pyta o
ciebie, więc myślę, że już nie będzie potrzeby abyś jeszcze do nas dzwonił.
Trzymaj się. Cześć!” – zacytował.
- To wszystko? – nie potrafiłem uwierzyć w ten brak matczynej miłości.
- Nie pamiętała już nawet o moich urodzinach. To świadczyło o tym, że nie
jestem już jej synem.
- Przykro mi – tylko na tyle mogłem się w tym momencie zdobyć.
- A mi już nie. Wypracowałem w sobie wiarę we własne wartości. Jestem
dobrym człowiekiem. Jeżeli ktoś nie chce znać dobrego człowieka, to nie jest mu
do niczego potrzebny. Kiedyś to zrozumiesz. A teraz wróćmy już do nich bo się
zagadaliśmy.
Chwycił mnie za rękę i zamierzał zaciągnąć do pokoju. Nagle zrobiłem coś,
czego sam się nie spodziewałem. Pociągnąłem jego rękę przysuwając ciało do
siebie. Objąłem ramionami jego barki. Trzymałem tak przez chwilę będąc
szczęśliwym, że odwzajemnił uścisk. Nie pragnąłem go, nie pożądałem jego ust i
nie podziwiałem jego oczu. Czerpałem ciepło z jego serca. I wyrzucałem sobie
fakt, że oceniłem go wcześniej na podstawie czarnej spódnicy. Staliśmy tak
przez chwilę bez słowa. Nie potrzebowałem rozmowy. Uściskiem dziękowałem, że
pozwolił mi zrozumieć. Teraz czułem się
już lepiej. Zawładnęła mną nagła sympatia do ludzi, których dzisiaj poznałem.
Po tym wszystkim co mi przed chwilą opowiedział Czarek, patrzyłem na niego już
inaczej. Od dziś podziwiałem tego chłopaka. Pamiętam jak kiedyś moja koleżanka
miała pierścionek z kamieniem, który zmieniał barwę zależnie od nastroju. Teraz
czułem, jakby to oni zabarwili się w moim świecie.
3
Do lokalu dojechaliśmy taksówką. Przed wejściem stało kilka osób. Byłem
podniecony. Chciałem jak najszybciej zobaczyć i poznać ich wszystkich, aby z
pośród nich móc wybrać sobie tego jedynego. Paweł kupił bilety przez Internet
już wcześniej, więc nie musieliśmy stać w kolejce. Szedłem cały czas za nimi
jednocześnie oglądając każdy centymetr kwadratowy pomieszczenia. Przeszliśmy
przez pierwsze pomieszczenie. Były tam jeszcze trzy drzwi: toaleta męska,
toaleta damska, darkroom. Tej nocy
dowiedziałem się co to jest darkroom.
Paweł opowiedział mi ze szczegółami o tym, co się tam robi. Czułem, że nie
potrzebuję zwiedzić tego miejsca. W drugim pomieszczeniu był bar i sofy. Ściany
były z gołych cegieł, wszędzie panował półmrok i głośna muzyka. W trzeciej Sali
ustawione były dwa okrągłe podesty, na których tańczyli chłopcy. Było ich
mnóstwo. Cały klub przeludniony, gotowymi na miłość, lub tylko sex,
mężczyznami. Czwarta sala była olbrzymia. Wyglądała jak wielki wojskowy hangar.
Z boku ustawiona była scena i instrumenty. Dzisiaj miał się odbyć koncert Reni
Jusis. W ostatniej, piątej Sali był długi bar a na końcu ciągnęły się wielkie
prawie pod sufit schody. Niczym trybuny na boisku prawie całkowicie obstawione
były siedzącymi mężczyznami. W tej Sali zostaliśmy. Mieliśmy zarezerwowaną
dużą, czerwoną sofę. Po godzinie siedzenia i rozmawiania o głupotach
powiedziałem Pawłowi, że pójdę teraz się rozejrzeć. Uśmiechnął się tylko i
skinął głową. Poszedłem. Nie piłem alkoholu. Chciałem być w pełni świadomy
każdej sekundy. Kupiłem w barze więc colę i poszedłem szukać przeznaczenia. W
każdej sali roiło się od męskich ciał. Kobiety były tutaj mniejszością. Zapewne
były to w większej ilości lesbijki, a w mniejszej przyjaciółki gejów. Ktoś może
też przyszedł ze względu na koncert. Podczas spaceru spodobało mi się kilku
chłopaków. Wielu z nich uśmiechało się, co oczywiście odwzajemniałem. Nie
potrafiłem niestety zdobyć się na odwagę, by podejść do któregoś i zagaić
rozmowę. Słabe byłyby też na to szanse, biorąc pod uwagę głośną muzykę. Reni
była cudowna. Tylko ludzie mnie przerażali. Setki chłopaków wczuwających się i
jednym chórem śpiewających Kiedyś Cię
znajdę. Nie chciałem być jak oni. Podczas tej piosenki starałem się nawet
nie otwierać ust do śpiewania. Patrząc na każdego z nich, słuchając słów
śpiewanych przez wokalistkę, zdałem sobie sprawę, że prawie każdy z nich tutaj
kogoś szuka.
A jeśli każdy szuka,
to dlaczego jeszcze nie ma? A jeżeli miał, to dlaczego się skończyło? A jeżeli
się skończyło, to dlaczego nadal wierzy i szuka, skoro miało być na całe życie? - pomyślałem
Nagle ktoś złapał mnie za rękę. Był to tańczący obok chłopak. Śliczny.
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Miał dobre oczy. Króciutkie włoski, okrągła
twarz, troszkę wyższy ode mnie. Grubszy. Takich zdecydowanie lubiłem bardziej.
Trzymałem jego dłoń czując jego ciepło i swój wzwód w spodniach. Myślałem o
tym, że zaraz po koncercie pójdziemy do bardziej cichej sali i będziemy
rozmawiać do rana. A później może nawet mógłbym do swojego hotelowego pokoju go
zaprosić. I w końcu by TO się stało. Tak, on mógłby być tym jedynym. Musi tylko
oczarować mnie rozmową. Nagle zorientowałem się, że ktoś z jego drugiego boku
dał mu buziaka. W usta.
Mój przyszły
chłopak na całe życie, pocałował kogoś w usta – pomyślałem.
Wychyliłem się by zobaczyć sprawcę tego niebywałego czynu. I wtedy nie
uwierzyłem własnym oczom. Chłopak, który trzymał mnie za rękę, jednocześnie
trzymał też jego rękę. Chłopak, który miał być mój, był już od jakiegoś czasu
jego. Zrozumiałem to, gdy zobaczyłem, że mają na sobie identyczne koszulki.
Puściłem jego dłoń. On tylko spojrzał na mnie. Nie był nawet odrobinę
zakłopotany. Miałem mieszane uczucia. Byłem na niego zły, a jednocześnie było
mi okropnie wstyd. Bo przecież jeżeli wszyscy szukają, jeżeli wszyscy mieli,
jeżeli wszystko się skończyło, jeżeli wszyscy nadal wierzą, to dlatego, że
wszyscy są tacy sami. Dokładnie tacy
sami. Przy każdej imprezie, pomimo posiadania kogoś u swego boku, nadal szukają
i nadal wierzą, że można inaczej i więcej, i lepiej. Wróciłem do Pawła i jego
znajomych.
- Nie rozumiem Czarku –
powiedziałem – Dlaczego ktoś, kto już ma, wciąż szuka czegoś lepszego?
- Na to pytanie ci nie odpowiem niestety – zaczął mój nowy znajomy – Nie
wszyscy są tacy, chociaż jest ich takich wielu. Spotykam się z tym co tydzień
tutaj. Może już się przyzwyczaiłem. Nie zwracam już na to większej uwagi. Mam
ogromny dystans i daleki jestem od oceniania innych. Zobacz na mnie. Jestem
dziś ubrany w spódnicę. Bo robię dokładnie to, na co mam w danej chwili ochotę.
Nie oznacza to jednak, że chodzę tak ubrany na co dzień. Nie chcę aby ludzie
mnie oceniali, więc staram się odpłacać im tym samym.
- Chyba rozumiem – odparłem – Ale skąd ja mam wiedzieć kto jest dobry, a
kto nie?
- Jesteś taki świeżutki – uśmiechnął się Czarek – Taki naiwny i
głupiutki. Kochany, nie będziesz tego wiedział. I pomylisz się tez tyle razy, i
tyle razy się zawiedziesz. Chciałbym móc powiedzieć ci, że tak nie będzie.
Potrafić w ten nowy rok życzyć ci tej jednej miłości z czystym sercem wierząc,
że tak będzie. Niestety uważam, że aby docenić szczęście, trzeba poznać w życiu
trochę cierpienia.
- Jaką masz więc dla mnie radę? – spytałem chłopaka w spódnicy.
- Doceniaj chwile kochanie! Nawet jeżeli szczęście ma być krótkie, to
każde doprowadza cię do pewnych wniosków. Złe chwile budują siłę, jeżeli dobrze
wyciągniesz z nich nauczkę. Dobre momenty umacniają wiarę, aby z ochotą kroczyć
przez życie i zaskakujący każdego dnia los przyjmować. A teraz dosyć gadania!
Chodź potańczyć.
- Przepraszam – odparłem – Ale chyba chcę posiedzieć sam. Muszę sobie to
wszystko przemyśleć.
4
Postanowiłem usiąść sam w cichej sali. Ponieważ każda sofa była
zarezerwowana, a do swoich nowych znajomych nie chciałem iść, postanowiłem spocząć
na tych wielkich, intrygujących trybunach. Do głowy napływała myśl o możliwości
spędzenia lepszego sylwestra z przyjaciółmi gdybym został w swojej miejscowości.
Nie zauważyłem nawet kiedy koncert Reni się skończył. W głośnikach słyszałem
teraz głos kobiety zapraszającej z powrotem na salę ze sceną do wspólnego
świętowania Nowego Roku. Spojrzałem na zegarek. Było tuż przed północą.
Postanowiłem, że wrócę na tą salę. Jeżeli już tu jestem, to będę cieszył się
nadzieją na lepszy przyszły rok. Odliczanie było bardzo głośne. Stojąc w zatłoczonej
sali i podpierając ścianę poczułem się strasznie samotny, po dziesięciu
minutach tłum się przerzedzał. Każdy z każdym wymieniał uśmiechy. Z ruchu warg
czytałem cudze życzenia, które sobie składali. Zobaczyłem wysoką postawną
kobietę. Stała bokiem, naprzeciw mnie, z grupą znajomych. Miała ładną, pogodną
twarz. Jakby czując na sobie moje spojrzenie, odwróciła głowę w moją stronę i
stworzyła najładniejszy uśmiech jaki widziałem tego wieczoru. Powiedziała coś
do znajomych, po czym zaczęła zbliżać się w moim kierunku.
- Cześć! – powiedziała głośno wprost do mnie.
- Hej- odpowiedziałem niepewnie.
- Teraz cię o cos spytam. Zainteresowałeś mnie i liczę na szczerą
odpowiedź.
- Dobrze. Postaram się – patrzyłem jej prosto w oczy.
- Dlaczego taki ładny chłopak jak ty stoi tutaj sam? – spytała.
- Moi znajomi są w drugiej sali – zacząłem niepewnie. – Potrzebowałem chwili odpoczynku
od nich i…
- Nie o to pytałam – urwała moje tłumaczenia. – Nie o twoich znajomych.
- Wiem- powiedziałem ze smutkiem w głosie.
- Masz dobre oczy. A ja doceniam dobre oczy. Jesteś młodziutki. Ludzie
nie raz Cię jeszcze skrzywdzą. Pewnie niektórzy już skrzywdzili. Ale mimo to
próbuj. Popełniaj wiele błędów, jak oni wszyscy tutaj. Bo w końcu trafisz na
spełnioną miłość. Będziesz wiedział. Wtedy jej nie wypuszczaj. Wszystkiego najlepszego
z okazji Nowego Roku – odeszła tak szybko jak przyszła, obdarowując mnie na
koniec pocałunkiem w policzek.
Zobaczyłem wtedy tańczącego samotnie chłopaka. Wyglądał na trochę
starszego ode mnie. Uśmiechnął się do mnie kilka razy nie przestając
tańczyć. Pomyślałem, że jeżeli nie teraz
to nigdy. Spojrzałem na Czarka, który tańczył na scenie. Przesłał mi szeroki
uśmiech i mrugnął okiem. Odwzajemniłem uśmiech kolegi. Podszedłem do mojego
tancerza.
- Cześć jak masz na imię – powiedziałem do ucha nieznajomego
- Cześć, jestem Adrian – odpowiedział obdarowując mnie uwodzicielskim spojrzeniem
Epilog
- Więc gdzie jest ten mały chłopiec – spytał Michał zasłuchany w moją
opowieść
- Teraz siedzisz z nim, na jego ławce – odpowiedziałem
- Czyli ty – zaczął niepewnie chłopiec – Jesteś…
- Tak jestem gejem – odpowiedziałem – Pewnie teraz uważasz, że dobrze
trafiłeś. Że mogłeś dostać porządny łomot, ale zdarzyło ci się po prostu trafić
na kogoś podobnego do ciebie.
- Chyba trochę tak uważam – powiedział zawstydzonym głosem
- To błąd – wpadłem mu szybko w słowo – Aby osiągnąć szczęście musisz
zrozumieć podstawowe prawo, które sam w sobie kiedyś wypracowałem. Ludzie nie
dzielą się na homoseksualistów i heteroseksualistów. Mogłem już na początku oznajmić ci, ze jestem gejem
abyś czuł się bezpieczny, wiedząc że jesteś w swoim środowisku. Jaki jednak
byłby tego sens, skoro twoje środowisko oznaczałoby jedynie ludzi podobnych
tobie? Oznaczałoby hermetyczność własnych wartości. Razem na tej ławce
czulibyśmy się bezpiecznie. Płakalibyśmy i żartowalibyśmy razem. Ale wracając
do domu z twoich twarzy znikałby uśmiech i łzy. Znikałyby jakiekolwiek emocje,
tylko dlatego aby innym za wiele nie pokazać.
- Gdy to mówisz, czuję się jak moja własna matka – powiedział zainteresowany
chłopiec – Jakimi kategoriami dzielisz więc ludzi?
- Społeczeństwo dzielę na mądre i głupie. Ludzi, którymi się otaczam
dzielę na przyjaciół oraz wrogów. Na grzecznych i niegrzecznych, na imprezowych
i na tych spokojnych. Określam ich charakter i sposób bycia.
- Poznając kogoś nie zastanawiasz się nad jego orientacją? - spytał zdziwiony
- Jeżeli poznaję nową osobę, to nie mam w myśli założenia spędzenia z
nią reszty swojego życia. Nie interesuje mnie z kim ten człowiek chce poczuć
prawdziwe szczęście. Jego życie to jego ogród. Tak jak ja mam swój ogród i ty
również masz swój. Moje pragnienie szczęścia, moi przyjaciele i moje problemy,
to tylko moje kwiaty w tym ogrodzie, o które sam dbam. I kiedy zechcę, wpuszczę
cię do mojego ogrodu. Będziesz wtedy mógł podziwiać moje kwiaty. Może nawet
dojrzysz tam jeden najpiękniejszy kwiat. Ten, o który będę dbał najbardziej i
podlewał go będę najlepszym nawozem. Pokażę ci go wtedy, a ty będziesz widział
rosnący w moim sercu uśmiech. Będziesz zazdrościł mi tego kwiatu, a ja będę
czekał z nadzieją, że niedługo swój własny taki piękny mi pokażesz. Czasami
przyjdziesz do mnie i nic nie mówiąc pomożesz mi użyźnić glebę w moim ogrodzie.
I sam staniesz się jego kwiatem. Osiągnij w sobie takie podejście, a wtedy już
część siebie zaakceptujesz.
- Ile czasu zajmie mi, by być takim człowiekiem? - spytał Michał wyraźnie zainteresowany
rozmową
- Uczę się siebie do dzisiaj – odpowiedziałem - Czerpię z każdej
sytuacji i każdego człowieka lekcję życia dla samego siebie. Każdego dnia
popełniam wiele błędów i za wszelką cenę staram się ich nie żałować. Wstaję
każdego dnia wiedząc, że jeszcze wiele się muszę nauczyć. Zastanawia mnie
jedno. Skoro tak boisz się siebie. Dlaczego odważyłeś się dziś do mnie podejść?
Jeżeli dostałeś tak porządny łomot, to nie bałeś się o jeszcze gorsze rozwinięcie
sytuacji?
- Przyszedłem abyś mnie dobił –
odpowiedział krótko
- Jak to? – spytałem zdumiony
- Próbowałem już kiedyś. Spójrz –
powiedział odsłaniając nadgarstki i ukazując mi małą bliznę – Nie potrafiłem
tego zrobić. Stchórzyłem. Nawet porządnie się nie przeciąłem. Wiedziałem więc,
że i tym razem stchórzę. Szukałem więc kogoś, by go sprowokować. Chciałem abyś
mnie dobił
Wtedy zacząłem płakać razem z
nim. Wiedziałem, że to mu nie pomoże. A jednak czułem, że nagle podzielił się
ze mną ilością łez, które zapierał w swoich oczach przez całą naszą rozmowę.
Czułem ogromne zaskoczenie i paraliż. Ten młody chłopiec był tak zmęczony, że
nie mógł nawet sam ze sobą skończyć. Temu szesnastoletniemu młodzieńcowi tak
bardzo zbrzydło życie, że prosił o to, aby przypadkowo poznany człowiek je
zakończył. Zainteresował się rozmową z nieznajomym, który nawet nie zdawał
sobie sprawy, że był pierwszą osobą w jego życiu, która go wysłuchała.
- Wiesz, kiedy byłem mały –
zaczął nagle mówić przez łzy – Też przymierzałem spódnice mamy. Kiedyś
pomalowałem sobie usta jej szminką. Nie czułem, że chcę tak wyjść na ulicę. Po
prostu wolałem pobawić się tym, niż samochodem, który przywiózł mi ojciec. Myślisz,
że ona o tym wie?
- Nie mnie potrzebujesz, by się o
tym przekonać – powiedziałem wkładając telefon komórkowy w dłoń chłopca.
Mamo! Mamo to ja Michał. Mamo kocham cię!
Słyszysz? Kocham cię i potrzebuję.
Rozpłakał się. Przez całą rozmowę
płakał i trząsł się ze strachu. Samochód podjechał tak blisko ławki, ze mogłem
zauważyć że znajdują się w nim oboje. Wyszli z niego, podchodząc do nas wolnym
krokiem. Podeszła matka. Ojciec został kilka metrów dalej. Spojrzała na syna.
Nagle rozpłakała się palcem dotykając nabrzmiałej wargi chłopca.
- Kocham cię synku – powiedziała gładząc
obity policzek chłopca
- Teraz to już mniej go boli –
powiedziałem cicho do matki.
Spojrzała na mnie. Potem na syna.
Czułem, że szuka w jego oczach potwierdzenia, że to nie ja wyrządziłem mu
krzywdę. Że to ja sprawiłem, aby zadzwonił do niej, gdy potrzebował pomocy.
Chyba musiała to wyczuć , bo spojrzała znów na mnie i przez moment wydawało mi
się, że na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Objęła syna ramieniem i
odeszli do samochodu. Spojrzałem na ojca. Patrzył na mnie również. Kiedy
podeszli objął syna ramieniem i mocno przysunął do siebie. Spojrzał na mnie.
Skinął delikatnie głową, po czym powiódł rodzinę do samochodu. Odwróciłem się.
Spojrzałem w ciemne zachmurzone niebo. Poleciała jeszcze jedna łza. Przez nią
wyrzucałem całą gorycz dzisiejszego dnia.
- Szukam Cię Tato – powiedziałem patrząc
w górę
I nagle poczułem za plecami
czyjąś obecność. Odwróciłem się szybko zdumiony, po czym moje ramiona zostały
otoczone wątłymi dłońmi chłopca. Objąłem go w pasie pokazując aprobatę
zaistniałej chwili. Nie mówił nic przez chwilę. Po prostu przytulał a ja
syciłem się jego rosnącym tej nocy szczęściem.
- Zobaczę cię jeszcze? – spytał puszczając
uścisk
- Teraz to także twoja ławka –
odpowiedziałem patrząc mu głęboko w oczy
- Zapraszam cię do mojego ogrodu –
powiedział uśmiechając się przez łzy
Uśmiechnąłem się. Czułem, że
widzi we mnie przyjaciela.
- Kim jest tato? – spytał cofając
się w tył
- Kimś z mojego ogrodu
Odjechali znikając za rogiem
ulicy. To był długi dzień. Cieszyłem się, że mogę już wrócić do domu.

wzruszająca historia. jestem ciekaw, czy wydarzyła sie naprawdę ?
OdpowiedzUsuńjakby w księgarniach się pojawiło to opowiadanie, bez zastanowienia wzbogaciłbym o nie swoją bibliotekę . :)
świetna tęczowa literatura , pozdrawiam : www.nagi.blog.pl
OdpowiedzUsuń