Prolog Był ostry. Jego matka miała bzika na tym punkcie. Często siedziała w kuchni ocierając nożem o gar do kiszenia ogórków. Nie lubiłem tego dźwięku. Ciarki przechodziły po moich plecach, a włosy na rękach prostowały się jak kolce jeża. Jej fanatyzm jednak się przydał. Im ostrzej tym szybciej. Tym łatwiej. Obracałem go przez chwilę trzymając za czarną plastikową rączkę, łapiąc ostrzem światło padające z parkowej lampy. Bolała mnie głowa. Wymacałem ją drugą ręką. Naliczyłem kilka guzów. Nie bolało tak mocno jak pęknięta czaszka kilka miesięcy temu, kiedy uderzył mnie flakonem perfum, ale jednak miało swoją znaczną intensywność. Jeszcze bardziej bolały plecy. Obejrzałem je dziś rano w lustrze. Były kolorowe od sińców. A jednak było coś, co bolało najbardziej. Niefizycznie. Pozostałe resztki mojego honoru starały się pocieszyć te, które już upadły. Za wiele było jednak we mnie myśli i wspomnień ostatniej nocy. I ta ławka. Przeklęty nabytek sprzed kilku miesięcy, któ...