Przejdź do głównej zawartości

Biała szmata






Prolog


Patrzę w te jego brązowe oczy. Błyszczą pełne uczucia, które dla mnie stało się już obce i dalekie. Uczucia, które dawno wyparłem i zapomniałem, a zarazem tak bardzo chcę na nowo poznać. A jednak za nimi dostrzegam coś, czego mi nie mówi. Patrzy i patrzy, a ja wciąż staram się wyłudzić prawdę spojrzeniami, błaganiami i kolejnymi gestami cielesnymi. Przykładam dłoń do jego policzka. Jest taki rozpalony. Przesuwam delikatnie po nim kciukiem, a resztą palców dotykam jego ucha. Co chwilę obdarza mnie niepewnym mrugnięciem powiek. To takie stresujące. Jest taki śliczny. Taki mój tej nocy. Spoglądam w te oczy czując nadzieję na kolejne dni. Może to ten? Ten jedyny? Może to na niego tyle czekałem? Co jednak znaczy ten strach w jego oczach?

Nie rozumiem. Uśmiecham się delikatnie zachowując maksymalną ostrożność i dbając o nagle zaistniałą powagę sytuacji. Już coraz to bardziej gęstą mgłą otacza się orgazm, który oboje przeżyliśmy przed dosłownie minutą. Przez chwilę zastanawiam się, czy cokolwiek z minionych chwil było prawdziwe. Czy jego pocałunki i słowa w ogóle miały miejsce? Szybko odganiam tę myśl, nadal starając się upajać każdą sekundą spędzoną w jego ramionach. Podoba mi się od pierwszego spojrzenia. Te oczy. To są te oczy. Czarne włosy, lśniące zęby i doskonałe w swoim kształcie paznokcie.  Te wszystkie na pozór banalne elementy, które przecież tak ważne są dla mnie. A teraz do tego to ciało! Idealne ciało! Leżące na mnie. Czuję każdy  jego mięsień odbijający się na moim brzuchu. Mógłbym prać na nim swoje koszule. Tylko dlaczego tak nagle? Przed minutą leżeliśmy wtuleni obok siebie, kiedy on nagle po prostu wszedł na mnie, przewracając mnie na plecy. I od tej pory patrzy.

Nadal patrzy. Z półotwartymi ustami, które usilnie starają się wypowiedzieć pierwsze słowo, aby następnie polecieć z całą wiązanką szczerości. Myślę bezustannie o tym, co powinienem teraz zrobić. Dlaczego milczy? Czy aż tak było źle? Przecież słyszałem te jego jęki. I jak oznajmiał kilka razy jak cudowny jestem. Dlaczego więc teraz jest taki przerażony i smutny zarazem? Nie potrafię go rozgryźć.

- Powiedz – ośmielam się w końcu. Teraz albo nigdy. Przecież nie możemy tak bezustannie się w siebie wpatrywać.
- Co? – odpowiada niepewnie nie tracąc tego przerażonego spojrzenia. Ku mojemu zdumieniu wcale nie zatraca to jego wartości. Nadal jest piękny. Nie przeszkadza mi ani trochę, że tak na mnie spogląda. Owszem krępuje trochę poniekąd, ale najgorsza jest ta niepewność. To ona mąci moje szczęście w tej chwili. Wszystkie nadzieje zniekształca jego strach w oczach. To spojrzenie mówiące : tak bardzo mi przykro!
- To czego mi nie mówisz – zaczynam coraz bardziej śmiało. Decyduję się na głębszą wiązankę aby uniknąć dalszych zwodzeń  – To, co powoduje ten strach w twoich oczach. To, przez co twoje źrenice wytężają się nadal, mimo czasu który upłynął od naszego wspólnego uniesienia. To , przez co leżymy tu nadal wpatrując się w siebie od kilku minut.
- Musze ci o czymś powiedzieć – robi się ciekawie i coraz bardziej niezręcznie zarazem. Zaczynam się obawiać krytyki. Aż tak kiepsko było? Zatrzymuje się. Patrzy niepewnie. Usta ma nadal półotwarte. Co jest do cholery?
- Tyle się sam domyśliłem – próbuję żartować. Kiepsko mi to wychodzi – Słuchaj Tomku! Jestem już dużym chłopcem. Wiem jak to działa. Nie musisz czuć skrępowania. Nie znamy się dobrze. Piszemy od kilku tygodni. Po pierwszej randce wylądowaliśmy w łóżku. Nic nowego w naszym środowisku, choć przyznam że żadna to dla mnie norma.  – widzę jak rozszerza usta, ale kładę na nie palec, aby pozwolił mi skończyć - Nie liczę na to, że już będziesz mnie kochał . Nie pragnę kwiatów, śniadań do łóżka i wygórowanych obietnic szczęścia.

Nie wierzę, że to powiedziałem. Jego oczy stają się jeszcze większe, usta bardziej otwarte, a ja natychmiast tego żałuję. Pięknie! Teraz pewnie ucieknie.

- Tu nie o to chodzi – i znowu podkręca tą moją niepewność. To staje się irytujące  – To ja. Ja cię skrzywdzę. Zaszliśmy za daleko.

Za daleko? Na Miłość Boską, przespaliśmy się tylko. O czym on do cholery mówi?

- Nic nie rozumiem – mówię zgodnie z prawdą. Czuję, że moje oczy stają się wielkością podobne do jego. Próbuję odnaleźć swoje odbicie w jego źrenicy, którą rzuca mała lampka nocna ustawiona z boku przy łóżku. Chciałbym być pewien, że nie płaczę. Czuję się źle. Nie wiem czy powinienem tego słuchać dalej, czy może zrzucić go z  siebie i poprosić by wyszedł. Nie robię tego jednak. Czekam. Nagle wycieram twarz z kropli, która spada z góry na moją twarz. I następna. I następna. Ta wpada w moje usta. Jest słona. Nawet smaczna. Staram się o tym nie myśleć.  On płacze! Dlaczego? Chcę to usłyszeć. Jestem gotów na określenie mnie jako najgorszego kochanka, jakiego miał w łóżku.

- Ja też byłem w twojej piwnicy –wypowiada te słowa bardzo szybko, po czym schodzi ze mnie i siada obok na łóżku. Zakrywa twarz dłońmi – Przepraszam.

Te słowa wystarczają, bym wygrał z nim w konkursie na wielkość wybałuszonych źrenic. Wystarczają, by wszystko przypomnieć. By kazać mu wyjść i nie chcieć tego ciągnąć. Próbuje coś powiedzieć, wyjaśnić. Nie chcę tego słuchać. Ubiera się w ciągu minuty i znika za drzwiami. Nie czekam aby sprawdzić, czy się odwróci. Zamykam drzwi gdy tylko jego druga stopa przekracza próg mojego mieszkania. Jest mi obcy już teraz. W ciągu sekundy zapominam jak piękne są jego oczy, jak miękkie w dotyku czarne włosy, jak lśniące zęby i jak kształtne paznokcie. Liczy się tylko fakt, że jest jednym z wielu. Jednym z kochanków Adriana. Zapominam o każdej jego zalecie. Czuję się źle. A ból ten , ku mojemu zaskoczeniu, zastępuje tęsknota za dawno nieodwiedzanym miejscem. Przecież nie chciałem już tam chodzić. Przecież miałem zastąpić ławkę realnym i teraźniejszym światem.

Po minucie zdaję sobie sprawę, że stoję już ubrany i gotowy do wyjścia. W pokoju unosi się jeszcze zapach seksu, jego perfum i waniliowych świec, które miały dodać nastroju naszemu wieczorowi. Po nim żadnego już śladu. Wyszedł skruszony i zapłakany, a na mnie to nadal nie robi wrażenia. W przeciągu mijających sekund staje się coraz bardziej dalekim wspomnieniem. A przecież  czuję tam w dole jakbym nadal był w nim. Uśmiecham się lekko na wspomnienie tego cudownego doświadczenia. Szybko jednak odganiam od siebie tę myśl. Zdmuchuję kremowe świece. Zamykam za sobą drzwi na klucz. Czuję gotowość na moją ławkę…


1


5 lat wcześniej…


                Może miałbyś ochotę się dzisiaj spotkać? Nic zobowiązującego. Będę z grupą znajomych w Pubie Metro. Opowiadałem im o Tobie i również chcieliby Cię poznać. Jeżeli nie masz żadnych planów i masz ochotę się w końcu zobaczyć na żywo to zapraszam. Daj znać :-*

Uśmiecham się czytając wiadomość. Lubię jak pisze. I to znajome, przyjemne uczucie w brzuchu, które daje o sobie znać za każdym nowym mailem od niego. Teraz też je czuję. Tak, oczywiście że od razu zabieram się za odpisywanie. Jeszcze tylko zerkam na zdjęcie profilowe. Jakbym szukał zapewnienia, że chcę się z nim spotkać. Każdego dnia ,odkąd zaczęliśmy pisać, oglądam to zdjęcie. Nigdy nie lubiłem blondynów ale te jego oczy. Codziennie wyobrażam sobie nasze pierwsze spotkanie, a teraz on sam to zaproponował. Po trzech tygodniach pisania. Czasami rozmawiamy po kilka godzin. Łapie mnie stres. Wiem, że sobie poradzę. Wygadany jestem, niebrzydki, zabawny. A mimo to denerwuję się. Przygryzam nerwowo koniec języka starając się wymyślić wstęp maila. Nie chcę wyjść na obojętnego, ale też nie mam ochoty mu pokazać, że aż nadto się cieszę na nasze spotkanie. Poza tym będą tam jego znajomi. Nic nie mogę sobie po tym obiecywać. W mojej głowie pojawia się nagle znienacka wyobrażenie cudownego seksu dzisiejszego wieczoru. Głupek! – poskramiam własną podświadomość. Przecież nie będę się z nim dzisiaj kochał. Panikuję, mocniej przygryzam język. Potrzebuję papierosa.

Będę o 21. Postaram się włożyć moją najlepszą koszulę, aby nie przynieść Ci wstydu przed znajomymi. Do zobaczenia :-)

Koszula? Naprawdę napisałem o koszuli? Niespodziewana odpowiedź przychodzi po minucie.

Jak dla mnie możesz przyjść nago :-D Nie mogę się doczekać :-*

Nie bawi się w gierki, jest szczery. Jak miło. Jak… inaczej.

Wieczorem spędzam zdecydowanie za dużo czasu przed lustrem. Mam obecnie czarne włosy z opadającą na czoło grzywką. Stanowczo za duża ilość pianki sprawiła, że fryzura prawie w ogóle się nie rusza. Sprawdzam obracając szybko głową w prawo i w lewo na przemian. Za późno na ponowne mycie. Wyciągam z szafki nad zlewem grzebień o bardzo gęstych zębach i delikatnie rozczesuję włosy. Działa! Jestem zadowolony z efektu. Lubię moją obecną fryzurę. Idealnie zakrywa te dwie blizny. Podnoszę na chwile włosy odsłaniając prawy górny róg czoła. Badawczo oglądam dwie prostopadłe bladoróżowe szramy tuż przy linii włosów. Wzdrygam się na wspomnienie tamtej nocy, którą nadal potrafię przypomnieć sobie w ciągu kilku sekund. Zakrywam z powrotem czoło szybko przeczesując grzywkę palcami. Smaruję usta bezbarwną pomadką. Wyciągam z szafki flakon perfum. Sprawca blizn na czole. Zdaję sobie sprawę, że wciąż używam tego samego zapachu. Jak zwykle przesadzam z ilością zapachu, ale czuję się lepiej widząc jak moja pewność siebie puszcza do mnie oko w lustrze. Jestem gotów. Uśmiecham się szeroko do swojego odbicia.

- Cześć – mówię trochę za wesoło do słuchawki telefonu
 - Hej, co robisz? – to Kamila. A miałem do niej zadzwonić przed wyjściem – Może wpadniesz do mnie?
- Właśnie o Tobie myślałem. Chciałbym , ale nie mogę. Mam dzisiaj randkę – znowu wyszczerzam zęby.
- O proszę – zaczyna się – A z kim? Czemu nic o tym nie wiem?

Do dzisiejszego ranka sam o tym nie wiedziałem. Przygryzam wargę szukając właściwej odpowiedzi. Zdaję sobie sprawę, że właściwie to dziwne, że nie zadzwoniłem do niej wcześniej.

- Napisał do mnie ten Bartek, co z nim piszę. Wiesz, który? – na pewno wie. Zawsze wszystko pamięta. Nie czekam więc na odpowiedź – Chce się dzisiaj spotkać w Metro. Tam gdzie byliśmy jak się odegrałem na Adrianie. Co z tym chłopakiem wyszedłem wtedy.
- No pamiętam przecież – odpowiada leniwie – Idziesz?
- No właśnie wychodzę – mówię spoglądając na zegarek. Za dwadzieścia dziewiąta – Wpadnę jutro i ci wszystko opowiem.
- Dobra – słysząc to wyobrażam sobie ile będę miał jej jutro do powiedzenie. Lubię to, że ochoczo mnie słucha – Będę w domu o piętnastej. To do jutra.

Zakładam najnowsze buty zastanawiając się, która to już para w kolekcji. Lubię mieć dużo ciuchów, butów. I lubię jak ludzie to we mnie lubią. Te kupiłem w zeszłym tygodniu. Czarne, skórzane trampki. Eleganckie i sportowe jednocześnie. Uśmiecham się do siebie. Sam nie jestem pewien z jakiego powodu. Czuję, że to będzie dobry wieczór.

 
2


Przed wejściem do pubu stoi kilka osób. Jest zimno, ale na szczęście nie pada śnieg. Mimo tego leży go pełno wszędzie. Zima tego roku daje się we znaki. Omijam grupkę stojących ludzi kierując się do drzwi. Odliczam bezgłośnie do trzech po czym napieram na dużą żelazną klamkę.

Na sali jest dużo ludzi. Wszyscy rozmawiają ze sobą zbyt głośno, próbując zagłuszyć okropnie fałszującą dziewczynę w rogu Sali. To wieczór karaoke. Nigdy nie byłem na tego typu imprezach. Przez chwilę zastanawiam się czy i ja potrafiłbym tak wyjść i zaśpiewać przed ludźmi. Nagle staje obok niej wysoki szczupły mężczyzna i trzymając w ręce drugi mikrofon zaczyna śpiewać z nią o kolorowych jarmarkach, o blaszanych zegarkach, wacie cukrowej i chacie z piernika. Uśmiecham się niepewnie kiedy widzę, że nagle obecni goście zdecydowanie się ożywiają. W tym momencie mała przestrzeń na środku pubu wypełnia się tańczącymi ludźmi. Wszyscy uśmiechają się szeroko i głośno pomagają piosenkarzom. Nagle podchodzi do mnie niski blondyn o niebieskich oczach. Moja dzisiejsza randka. Poznaję go od razu obdarzając uśmiechem numer cztery. Bartek.

- Cześć – krzyczy nazbyt głośno – W końcu jesteś. Chodź za mną.

Bezsłownie wykonuję jego polecenie przeciskając się pomiędzy tańczącymi ludźmi. Ponownie podziwiam ich radość napawając się początkiem wieczoru. Przechodzimy na drugą salę, a ja zdaję sobie sprawę, że zbyt niedyskretnie oglądam jego tyłek. Podoba mi się to, co widzę. Dobra przestań już się tak gapić – poskramiam swoją podświadomość. Kierujemy się w róg pomieszczenia, a ja widzę jak oczy ludzi siedzących przy stoliku skupiają się na mnie. Jeden z chłopaków siedzących tyłem obraca się i też patrzy. Czuję mocniejsze bicie serca. Tylko spokojnie.

- Słuchajcie wszyscy. To jest mój nowy kolega – przedstawiam się każdemu po kolei uśmiechając się i wymieniając uściski dłoni. Są życzliwi, wyglądają na miłych. Dzięki Ci Panie.
- Tam jest moje miejsce -  Wskazuje na pustą przestrzeń czerwonej sofy – Usiądziesz ze mną. Jakoś się pomieścimy. No i – puszcza oko - będę miał cię blisko.
- Są tu kelnerki? – pytam udając, że nie dostrzegam szerokiego uśmiechu którym mnie obdarzył po ostatnim zdaniu – Muszę zamówić najpierw coś do picia.
- Tak, ale niestety zamawiać można tylko przy barze. One tu tylko zbierają puste szklanki – nadal się uśmiecha – Pójść z tobą?
- Poradzę sobie – odpowiadam – Dam ci teraz czas abyś mnie obgadał.

Uśmiecha się jeszcze szerzej, a ja kończę rozmowę odwzajemniając się tym samym. Lubię go teraz jeszcze bardziej. Wracam na poprzednią salę gdzie po skończonej piosence ludzie z powrotem siedzą przy swoich stolikach. Czuję się niepewnie w tym nowym miejscu. Ludzie mnie obserwują. Zaczynam zdawać sobie sprawę, że wszyscy są tu pewnie stałymi bywalcami. Jak najszybciej podchodzę do baru i zamawiam piwo z nalewaka. Nie mam odwagi by się odwrócić, kiedy didżej wywołuje po imieniu kolejną osobę do śpiewania. Barmanka uśmiecha się do mnie nalewając piwo. Jest bardzo ładna. Odwzajemniam uśmiech upewniając swoją podświadomość, że gest ten skierowany był do mnie. Kiedy jej wzrok kieruje się z powrotem na lejące się piwo odwracam się aby potwierdzić, że nikt za mną nie stoi. Widzę jak w moją stronę kieruje się młody, przystojny chłopak, którego oczy zasłania mi odbijający się blask w okularach na jego nosie. Ma na sobie jasną koszulę w delikatną kratę i niebieskie dżinsy. Skręca nagle do prowadzącego imprezę mężczyzny i odbiera od niego bezprzewodowy mikrofon. Zerkam na duży plazmowy telewizor, podwieszony na przeciwległej ścianie. Duże białe litery oznajmiające tytuł piosenki, którą ma wykonać – ANDRZEJ CIERNIEWSKI „DOBRY SEX”. Nie znam, ale tytuł zapowiada się ciekawie.  Rozlegają się pierwsze takty muzyki. Po chwili odbieram swoje piwo jeszcze raz wymieniając uśmiechy z barmanką. Odwracam się i prawie wpadam na chłopaka, który obrócony teraz tyłem do mnie porusza się w rytm muzyki i śpiewa do mikrofonu o ospałych i zatroskanych ludziach. Zadowolony, że go nie oblałem piwem delikatnie klepię go wolną ręką w ramię. Odwraca się nadal śpiewając i obdarzając mnie bardzo ładnym uśmiechem ustępuje mi miejsca. Zdecydowanie jutro poszukam  w Internecie tej piosenki.  Teraz, gdy stoi blisko, mogę dostrzec jego oczy. Przechodzę obok niego i udaję się na drugą salę. Jeszcze raz skręcając za rogiem pomieszczenia odwracam się, by spojrzeć jak zawadiacko oznajmia wszystkim zgromadzonym o jakimś jednym leku na uniesienia. Po chwili cała sala zaczyna wyśpiewywać refren. Zdecydowanie wszyscy bywają tu stale, a ja zdecydowanie lubię tę piosenkę.


                3


Około trzy godziny później wychodzę nerwowo z pubu. Idę przed siebie nie zatrzymując się. Przyśpieszam kroku. Boje się odwrócić głowę, ale mimo to czuję za sobą jego obecność. Wiem, że mnie goni, ale muszę to zrobić. Muszę się upewnić. Odwracam się i wytężam wzrok. Obraz na chwilę się wyostrza. Widzę go. W odległości mniej więcej trzydziestu metrów porusza się w moim kierunku. Muszę iść dalej. Chcę przyśpieszyć, pobiec jak najdalej stąd, zgubić go i jutro wyjaśnić całą sprawę. Niestety uświadamiam sobie, że moje nogi odmawiają posłuszeństwa. Nie bolą, są lekkie. Tak lekkie że ledwo je czuję. W głowie krążą mi tysiące myśli, ale postanawiam się nie zatrzymywać. Chcę uciec od niego uciec, a zarazem coś każe mi do niego wrócić. Strach kłóci się w mojej głowie z pożądaniem, a pożądanie to , powoduje zarazem coraz większy strach. Czuję się coraz słabiej. Nie wierzę. Jak moja głowa może tak wirować bo dwóch piwach? Przecież nie raz wypiłem większe ilości alkoholu. Zawsze miałem tak mocną głowę. Nienawidzę go. Tylko za co? Nie mogę sobie przypomnieć.

I znowu …trzy …dwa … jeden… o nie!

Mój Bartek!
Wcale go nie nienawidzę.

Zatrzymuję się. Chcę aby mnie dogonił. Patrzę na niego. Obraz jest coraz mniej ostry. Muszę się bardzo wysilać. Co się ze mną dzieje? Chyba się trochę chwieje. Wypił więcej ode mnie. A może to ja nie mogę złapać równowagi. Mam wrażenie, że przymykam jedno oko, aby lepiej widzieć. Nie jestem pewien. Dlaczego tak bardzo mnie to wszystko podnieca? Chcę żeby mnie teraz chwycił mocno, spojrzał mi w oczy i pocałował. To wszystko, potem sobie pójdę. I nic więcej nie musimy robić, nic więcej … a może jednak? – NIE! NIE! NIE! Jest coraz bliżej. Uwielbiam go – nienawidzę go – uwielbiam go!

- Dlaczego tak szybko wyszedłeś – och ten głos . Całuj mnie! – Poszedłem tylko do toalety. Zmartwiłem się. Powiedzieli, że ubrałeś się tak nagle.
- Nie chcę tam być – czuje jak coraz mocniej wiruje mi głowa. A jednak coraz mniej mnie to przeraża. W sumie to coraz bardziej… cudowne?!
- Więc chociaż pozwól, że odprowadzę cię do domu – uśmiecha się, Jezu Chryste jak on się uśmiecha!
- Dobrze – zupełnie nie rozumiem dlaczego odpowiadam tak niepewnie, jednocześnie chwytając mocno jego dłoń. I znowu się uśmiecha.
- Prowadź  w takim razie – odpowiada szarmancko.

Przestań już szczerzyć te zęby. Ale mi gorąco.

Pada śnieg. Czuję jak co chwilę jakiś płatek topi się na mojej twarzy. Ale to przyjemne! Mogłyby teraz spadać z nieba kostki lodu, a ja wiem że uznałbym to za podniecające, wystawiając twarz ku górze. Patrzę na niego. Cholera, czemu tak na niego patrzę? Troszkę mi lepiej, trzyma mnie nadal mocno za rękę. Czuję jak chłód staje się bardziej wyczuwalny, to wręcz odświeżające. Spoglądam na niego. Tak jak sądziłem, cały czas się we mnie wpatruje. Ach, te jego oczy. Nagle potykam się o coś. Jest szybki. Chwyta mocniej moją rękę zapobiegając upadkowi.

- Uważaj – mówi znowu się uśmiechając. Ale bym gryzł te wargi.
- Dziękuję – próbuję skopiować jego uśmiech na swojej twarzy. Resztki świadomości mówią, że kiepsko mi to wychodzi.

Wyciąga ze swojej torby na ramię puszkę piwa. O nie!

- Chcesz trochę – pyta. Zerkam na puszkę.

Obserwuję jego ruchy. Mam wrażenie że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Okrąża kciukiem górny kant puszki. Spogląda z powrotem na mnie. Palec wskazujący wsuwa bardzo powoli pod aluminiową zawleczkę. Kciukiem dotyka rantu puszki, po czym podnosi zawleczkę wywołując znienawidzony przeze mnie dźwięk.

Psssssssssssssssssstttttttt.

I już mnie nie ma.

Słyszę jak mnie woła, ale moja podświadomość nakazuje abym się nie zatrzymywał. Jestem słaby, czuję kłujący ból w brzuchu, a świat przed moimi oczami wiruje. Skręcam w ciemną ulicę w nadziei, że potrafię go zgubić. Chociaż na chwilę się schować, aby mnie nie znalazł i sobie poszedł. Oddycham głęboko, wierząc że to pomoże zatrzymać wirnik w mojej głowie. Odwracam się przodem do ściany budynku i opieram o nią prosto wyciągniętą ręką. Pochylam głowę i wsadzam głęboko dwa palce. Wszystkie resztki świadomości nawołuję do wiary w to, że tym razem zwymiotuję. Wpycham palce jeszcze głębiej co wywołuje półsekundowy odruch wymiotny. Nic z tego. Oprócz wielkiego bólu w żołądku nie dzieje się nic więcej. Nigdy nie wymiotuję. Nie umiem. A mimo tego trochę lepiej się już czuję. Nadal słabo, a jednak trochę mniej wiruje mi obraz przed oczami. Słyszę, że mnie woła. Nagle czuję narastające podniecenie. Dlaczego tak bardzo chcę do niego wyjść? Przecież skutecznie mu uciekłem!

Trzy… dwa… jeden… Mój!

- Tutaj jestem – wołam bezsilnie wyłaniając się zza budynku.

Patrzy na mnie. Z coraz większą ochotą stawiam każdy krok ku niemu. Jestem już tak blisko. Zaczynam odczuwać. Siły wracają mi do nóg, a do mózgu napływają tylko jednego typu myśli. Widzę jak nie odrywa ode mnie wzroku. Stoi w miejscu i czeka na mnie, a ja jak najszybciej chcę być przy nim. Te kilka metrów zdaje się być wiecznością proporcjonując je z ochotą jaką mam na niego w tym momencie.

- Dlaczego mi uciekłeś? – pyta zdumiony – Martwiłem się, myślałem że…

Nie kończy. Nie jest w stanie, będąc zakneblowanym moim językiem, który wiruje namiętnie w jego ustach. Czuję jak przyciska mnie mocno do siebie, chwytając w obie ręce moje pośladki. Nie musze długo czekać na reakcję swojego ciała. Czuję jak w moich majtkach rośnie podziękowanie za całą tą sytuację. Ściskam mu mocno kark lewą dłonią przyciskając głowę mocno do swojej. Wirujemy razem w tańcu, w którym on pozwala mi prowadzić. Prawą dłonią gładzę jego plecy przez kurtkę i powoli przesuwam w dół szukając bezwiednie jej zakończenia. Wyczuwając dostępną przestrzeń wsuwam dłoń w spodnie, próbując dostać się do jego pośladków.

- Mieszkam tu niedaleko – szepczę mu nagle do ucha. Ale mam na niego ochotę.
- Jak to? – pyta zaskoczony nie przestając całować mojej szyi. Czuję jak jego ręka stara się skopiować mój ruch tam z tyłu – Nie mieszkasz na źródlanej?
- Skąd wiesz, że mieszkałem na Źródlanej? – odrywam się nagle od niego wymuszając aby spojrzał mi w oczy.
- Myślałem, że po zerwaniu z Andrzejem on się wyprowadził, a ty tam zostałeś. Mówiłeś mi, że twój były miał na imię Andrzej i mówiłeś gdzie pracuje. Tutaj w mieście wszyscy go znają.  Wydawało mi się po prostu, że to było twoje mieszkanie. Że on mieszkał u ciebie.
- Ale skąd do cholery wiesz, że to mieszkanie jest na ulicy źródlanej – odsuwam się od niego, niezbyt mocno odpychając rękami jego ciało. Czuję, że trzeźwieję. – Zaraz, zaczekaj, czy ty…?
- Tak – odpowiada nie spuszczając ze mnie wzroku. Nie ma już na nim tego cudownego uśmiechu – Ja też byłem w twojej piwnicy. Zrozumiałem to kiedy mi napisałeś kilka dni temu, że twój były sprowadzał sobie tam chłopaków. Czekałem na właściwy czas, aby ci o tym powiedzieć.
- Wystarczy – urywam czując jak łzy napływają mi do oczu.

Wystarczy.

Biegnę.  Mijam codziennie przemierzany do pracy park. Uświadamiam sobie nagle, że za kilka godzin również musze wstać do pracy. Wycieram w rękaw spływające z oczu łzy. Jest mi zimno, ale nie przestaję biec. Muszę biec. Tak, aby mnie już więcej nie dogonił. Zanim znów zapragnę do niego wrócić.


4


Boli mnie głowa. W buzi czuję smak piwa. Jestem bezwładny. Odczuwam napływający chłód. Coraz bardziej świadomy jestem faktu, że całe moje ciało się trzęsie. Bezwiednie poruszam ręką w poszukiwaniu kołdry.  Gdzie ona jest? Chowam głowę w poduszkę w nadziei, że to uśmierzy ból. Dziwnie pachnie. To nie mój zapach ani nie mój płyn do płukania. Otwieram oczy.
Ogarnia mnie strach. Pragnę aby ktoś podszedł i uderzył mnie z całej siły, budząc z tego koszmaru. Nie mam pojęcia gdzie jestem. Mały prostokątny pokój z pomalowanymi do połowy na zielono ścianami. Górna ich część kiedyś zapewne była biała. Teraz są obdrapane i pożółkłe. Wysoko, na jednej ze ścian znajduje się małe okienko. Podnoszę się na łóżku opierając ciało na łokciu. Oglądam to, w co jestem ubrany. Przypomina sukienkę uszytą z prześcieradła. Mam na sobie dużą, szeroką białą szmatę podobną do tej, w którą ubiera się pacjenta do operacji w szpitalu. Chwytam za rant stanowczo za długiego dekoltu i zerkam pod spód mojej dzisiejszej kreacji. Ufff, mam swoje majtki. Nic poza tym. Biała szmata nie wiadomo skąd i moje majtki. Opadam bezsilnie na łóżku, a w oczach wzbiera się morze łez. Bardzo boli mnie głowa. W pomieszczeniu stoją jeszcze dwa łóżka. Jedno z nich wygląda dziwnie.  Pełno na nim pasów z klamrami, jak zakładam, do przypięcia nóg i rąk. Tylko po co? Moje jest bez pasów. Z cienkim białym prześcieradłem, a pod nim foliowany na czarno materac. Pod poduszką, na której spałem odnajduję cienką złożoną kołdrę. Musiałem jej wczoraj nie rozłożyć. Wczoraj? Kiedy się tu znalazłem. Gdzie ja w ogóle jestem? Siadam na łóżku. Teraz dopiero dostrzegam, że w przeciwległym rogu ściany pod sufitem zawieszona jest  kamera, nade mną jeszcze jedna. Podchodzę do tej naprzeciw mnie, przy ścianie z małym okienkiem.  Ogarnia mnie przerażająca rozpacz. W pomieszczeniu jest bardzo zimno, co jeszcze podsyca dreszczową atmosferę. Nagle słyszę trzask otwieranych metalowych drzwi za mną. Odwracam się przestraszony.

- Wstałeś – oznajmia postawny mężczyzna . W ręku trzyma czarny prostokątny przyrząd i zapraszająco kiwa do mnie głową – Chodź podmuchasz?

Staram się przypomnieć sobie jak tutaj trafiłem. Nie pamiętam niczego. W myślach przewijam wczorajszą imprezę w klubie. Bartek… siedzieliśmy razem… dotykałem jego uda… kupił mi piwo… Dmucham.

- Z życiem chłopaku – mówi  stanowczo za głośno, a ja czuję że zaraz na niego zwymiotuję. Nabieram powietrza. Dmucham mocno przez kilka sekund – Wystarczy.

Wysoki łysy pan wpatruje się w czarny alkomat jakby miał w ręku talizman do naprawy wszechświata. Stanowczo jest to jego ulubiona zabawka.  Z góry zakładam w swojej głowie, że go nie polubię. Zastanawiam się tylko jak dużo czasu spędzimy razem. Gdzie ja do cholery jestem?

- Przepraszam – zagaduję przestraszonym tonem głosu – Gdzie ja jestem?
- Zero przecinek osiem – mówi powolnie nadal wpatrując się w to czarne pudło – Możemy cię wypuścić dopiero kiedy będzie zero-zero. Jesteś na izbie wytrzeźwień.

Nagle czuję jakby uderzył mnie w twarz tymi słowami.

- Jak to ta izbie wytrzeźwień?
- No tak, pewnie jak większość nic nie pamiętasz. Przewieziono cię tu w nocy. Nie znam szczegółów. To nie była moja zmiana. Dowiesz się wszystkiego jak przyjedzie policja – mówi to wszystko tak obojętnie jakby oznajmiał co zjadł na śniadanie.
            - Policja? Dlaczego policja? – czuję wzbierający się we mnie strach.
- Wszystkiego dowiesz się później. Teraz się prześpij, szybciej wytrzeźwiejesz. Później ktoś do ciebie zajrzy.

Zamyka drzwi. Rozumiem, że dla niego to chleb powszedni. Dzień jak każdy inny. Kolejny pijany małolat. Ja za to w mózgu mam kołowrotek. Głównie obecny jest w tym wszystkim strach, potem zwątpienie.

Jak to możliwe? Wytrzeźwiałka?! Jak tu trafiłem? Co z Bartkiem? Dlaczego przyjedzie policja? Jak bardzo pijany byłem, skoro wypiłem tylko trzy piwa? KURWA!

Siadam na łóżku i podkulam kolana pod brodę. Na pewno nie zasnę po tym wszystkim.



5


- Chcesz wziąć prysznic? – pyta postawny mężczyzna. Chyba już patrzy na mnie z mniejszą pogardą. Wydaje mi się, że wyczuwam w jego głosie odrobinę ciepła.

Dopiero teraz widzę, że jest całkiem przystojny. Odrobinę za kanciasty w swojej budowie, ale ma za to ładne wyraźne rysy twarzy. Przysiągłbym, że odrobinę uniósł mu się kącik ust w delikatnym uśmiechu. Podniosłszy się z łóżka udaję się niepewnie w jego kierunku. Nie mam nawet skarpet. Wykafelkowana chłodna podłoga przynosi dziwne ukojenie w skroniach. Przechodzę niepewnie obok niego. Wychodzę na pusty długi korytarz, który liczy jeszcze co najmniej dziesięć drzwi podobnych do tych, przez które wyszedłem oraz kilkoro drzwi zwykłych drewnianych. Ściany pomalowane są również do połowy olejną farbą, w tym przypadku jednak jest to kolor beżowy. Górna ich połowa wydaje się bielsza od tych, które miałem w swoim pokoju. Mężczyzna zamyka za mną drzwi. Nagle zza rogu wyłania się kobieta ubrana w jasnoniebieski fartuch. Przypomina w nim sprzątaczkę.

                - Dzień dobry – mówię powoli z nieudawaną skruchą w głosie.
                - Dzień dobry – odpowiada nie uśmiechając się – Masz tutaj ręcznik. W łaźni jest dozownik na mydło.

Otwiera przede mną białe drewniane drzwi naprzeciw mnie.

- Jak skończysz kąpiel przyjdziesz do mojego gabinetu za rogiem – kontynuuje kobieta – Porozmawiasz z psychologiem.

Psychologiem?! Nic nie odpowiadam. Wchodzę do  wyłożonej po sam sufit jednakowymi beżowymi kafelkami łaźni i zamykam za sobą drzwi. Wieszam ręcznik na małym plastikowym uchwycie przyklejonym do ściany po czym ściągam z siebie przez głowę białą szmatę. Dobrze że chociaż zostawili mi  bieliznę. Wszystko wieszam na  ścianie i przechodzę w głąb łaźni przypominającej prysznice na basenie. Wszystko to w wersji sprzed co najmniej dwudziestu lat. Woda okazuje się zbawienna dla okropnego bólu głowy. Na początku pozwalam aby płynął na mnie lodowaty strumień sycąc się  tym zbawiennym uśmierzeniem. Stopniowo woda ogrzewa się i po chwili ogarnia mnie cudowne ciepło. Całe pomieszczenie wypełnia się parą. Otwieram usta spijając lecący strumień. Tak bardzo chciało mi się pić. W ustach nadal czuję smak alkoholu. Po kilku minutach zbawiennej przyjemności zakręcam wodę. Wracam do przedsionka łaźni i zdejmuję pożółkły ręcznik, który dostałem od pani w niebieskim fartuchu. Wycieram się mocno w nadziei, że wraz z tym zetrę wstyd i niezrozumienie zaistniałej sytuacji. Nagle drzwi przede mną otwierają się i staje w nich kanciasty znany mi już mężczyzna.

- Żyjesz – pyta doniośle jakbym miał problemy ze słuchem. Dostrzegam jak para wydostaje się ochoczo na korytarz – Pospiesz się, psycholog na ciebie czeka.

Znowu ten psycholog!

- Tylko się ubiorę – mówię zakrywając się ręcznikiem. Zamyka drzwi i znowu zostaję sam.

Pospiesznie zakładam swoje majtki i wciągam na siebie białą wykrochmaloną za mocno sukienkę. Opieram się o zlew i patrzę w lustro które wisi przede mną. W buzi nadal czuję smak alkoholu. Woda z prysznica nie pomogła. Powinni stanowczo pomyśleć o jednorazowych szczoteczkach do zębów. W głowie buzuje mi przeświadczenie, że gdybym tylko porządnie umył zęby i wyszorował język to alkomat wykazał by mniejszą zawartość alkoholu. Przecież chodzi tutaj o oddech. Uderza mnie uczucie zdesperowania. Oglądam swoje odbicie w lustrze i potrafię tylko myśleć o tym jak bardzo chciałbym stąd wyjść  i jak bardzo gardzę sobą. W niecnym zamyśle podsuwam dłoń pod dozownik mydła do rąk a drugą ręką przyciskam guzik wywołując wyciek na palec wskazujący zielonego płynu przypominającego Ludwik do mycia naczyń. Mechanicznie wkładam palec do ust i desperacko zaczynam szorować nim zęby. Smakuje dziwnie, syntetycznie, odrobinę miętowo. Bardzo szybko w buzi wytwarza się bardzo duża ilość piany, którą szybko wypluwam do zlewu. Musze się spieszyć zanim znów do łazienki zawita kanciasty pracownik tego ośrodka. Nabieram wody w dłonie i płuczę usta. Wypluwam wielkie ilości piany. Czuję jak zbiera mi się na wymioty. Pełen determinacji i przekonania o słuszności   swoich poczynań nabieram na palec kolejną porcję mydła w płynie. Po chwili trę palcem język wywołując kolejną porcję piany. Odchylam głowę do tyłu i płuczę gardło. Czuję że jestem na skraju od zwymiotowania więc wypluwam wszystko do zlewu. Nabieram jeszcze raz wodę w usta i płucze gardło. Tę powstałą pianę przełykam. Czuję, że więcej nie dam rady. Modlę się w duchu aby to pomogło.


6


                W gabinecie znajdują się dwie osoby. Za biurkiem siedzi znajoma mi kobieta w niebieskim fartuchu, a przed nią na krześle interesanta spoczywa szczupły mężczyzna, którego twarzy jeszcze nie widzę. Włosy ma ciemne i cienkie, upięte  w kucyk. Odwraca się po chwili obdarzając mnie ciepłym uśmiechem.

- Zapewne ty jesteś tym chłopakiem, który przyjechał do nas dzisiejszej nocy – mówi spokojnie i przyjaznym tonem.

Od razu zgaduję, że to on jest psychologiem. Nie odpowiadam.

                - Chodź, porozmawiamy spokojnie w moim gabinecie – wskazuje na drzwi w bocznej ścianie pokoju. 

Idzie przodem, po czym czeka aż znajdę się w gabinecie i zamyka za mną drzwi. Panuje tu dziwna cisza. Przy ścianie dostrzegam regał z książkami o tematyce uzależnień i przemocy w rodzinie.  Na drugiej ścianie znajduje się duże okno, które lekko przysłaniają pionowe materiałowe żaluzje. Wskazuje mi krzesło przy biurku, po czym sam siada naprzeciw mnie i opiera się wygodnie o fotel.

                - Jak się czujesz? – pyta grzecznie. Jest miły i spokojny. Wzbudza zaufanie. Wiem, że na tym polega jego praca.
                - Obecnie czuję jedynie niezrozumienie całej sytuacji . Niczego nie pamiętam.  – staram się aby mój ton był równie spokojny jak jego. W buzi nadal czuję resztki piany i smak zielonego mydła do rąk.
                - Od jak dawna masz problem z alkoholem? – zaskakuje mnie tym pytaniem.
                - Problem? Nie mam z tym problemu – staram się nie pokazywać emocji.
                - Wiesz co się z tobą działo? Pamiętasz cokolwiek?  - pyta z tym swoim stoickim spokojem co zaczyna mnie irytować.
                - Byłem w klubie. Wypiłem tam dwa piwa. Obudziłem się tutaj. To wszystko co pamiętam.
                - Rzeczywiście poziom alkoholu w wydychanym powietrzu wynosił jeden przecinek dwa promila, co przy twojej wadze, by się zgadzało. Może troszkę za dużo, jednak zakładam, że mówiąc dwa piwa, mogłeś wypić trzy. A jednak odpłynąłeś na odludziu. Policja znalazła cię nieprzytomnego, leżącego w śniegu na ulicy Nagłowicza. Według raportu było to o godzinie drugiej dwadzieścia jeden w nocy– mówi patrząc mi głęboko w oczy. Czuję się jak podłączony pod wariograf.   
                - Nagłowicza?! – czuję wytrzeszcz swoich oczu w tej chwili – Przecież ja tam mieszkam. Jak to nieprzytomny?
                - Według policji spałeś na chodniku przy tej ulicy. Blisko tego małego kościółka.
                - Niczego nie pamiętam. Byłem tak blisko domu.  Wynajmuję pokój z osobnym wejściem w małym domku jednorodzinnym. To jakieś pięćdziesiąt metrów od tego kościoła.
                - Czy pamiętasz cokolwiek z tamtej nocy? – pyta nie zmieniając tonu głosu. Nadal jest spokojny i opanowany, a ja czuję że do moich oczu zbliża się tama łez.
                - Umówiłem się ze znajomymi. Spotkaliśmy się na miejscu. Wypiłem dwa piwa – urywam nagle skupiając się na ilustracji, która właśnie wpadła mi do mózgu – Właściwie miał pan rację. To były trzy piwa. Ostatnie kupił mi kolega, z którym spotkałem się w tym pubie. Nie dopiłem go do końca.
                - Jak to kolega? – pyta delikatnie zmieniając ton i poprawiając się na fotelu – Mówiłeś mi, ze poszedłeś spotkać się ze znajomymi.
                - Tak  – Choć powiedzenie prawdy jest trochę krępujące czuję, że mogę być z nim szczery. W końcu to psycholog – W sumie to poszedłem spotkać się z tym kolegą, a reszta to byli jego znajomi. To było coś w rodzaju randki, pierwszej randki. Poznaliśmy się przez Internet i   postanowiliśmy się w końcu spotkać.
                - Rozumiem – mówi patrząc mi głęboko w oczy. Znowu mnie irytuje, jednak pokora, która nasiliła się we mnie w tej sytuacji, nakazuje mi mówić prawdę i tylko prawdę – Opowiedz mi o tym wieczorze.
                - Więc  - zaczynam mówić podkulając nogi pod krzesło – Było bardzo miło. Nie pamiętam ile to trwało. Rozmawialiśmy. Był to wieczór karaoke. W tle co chwilę ktoś śpiewał nie znane mi dotąd, polskie piosenki.  Wszyscy piliśmy piwo, śmialiśmy się. Bartek ma bardzo sympatycznych znajomych. Później on nalegał abyśmy poszli do niego. Mówiłem, że to za wcześnie więc przestał naciskać.
                - Powiedz mi – widzę jak szpieguje moją podświadomość – Dlaczego nie dopiłeś trzeciego piwa. Tego, które on ci kupił. Czy kupił ci je po tym jak powiedziałeś, że nie pójdziesz do niego? Czy coś się później stało?
                - Do czego pan zmierza? – pytam zaskoczony. Zaczynam czuć się jak przesłuchiwany na Sali rozpraw.
                - Słyszałeś kiedyś o GHB? – pyta podpierając się łokciami o biurko. Czuję jego twarz za blisko. To krępujące – Może spytam inaczej. Czy wiesz co to jest pigułka gwałtu?
Oj! Zamieram na moment. Oczy zaraz chyba mi wyskoczą.
                - Słyszałem co nie co – mówię szczerze choć coraz mniej spokojnie – Oglądałem talk show w telewizji . Nie rozumiem tylko jaki to ma związek ze mną.

I nagle to do mnie dochodzi. Jak za uderzeniem w łeb znika cała naiwność sytuacji. W głowie mam obraz Ewy Drzyzgi chodzącej po studiu, wypytując dziewczyny o ich doświadczenia z dyskotek. I następnie każdą z nich opowiadającą po kolei swoją historię. Wszystkie atrakcyjne, inteligentne. I każda opowieść zawiera podobne schematy: nowopoznany chłopak, podarowany alkohol, propozycja nocy, utrata pamięci. Nagle zaczynam odczuwać wielkie obrzydzenie do samego siebie. Chcę coś powiedzieć ale nie mogę. Chcę podnieść wzrok na niego i wytłumaczyć, ale nie potrafię. Chcę aby spojrzał mi w oczy i powiedział, że wszystko będzie dobrze, że nic takiego się nie stało, i że miał takich przypadków mnóstwo. Czuję jak tama moich łez pęka.

O Boże!

7

- Dziękuję – mówię wyciągając rękę po chusteczkę. Nadal nie mogę spojrzeć mu w oczy.
- W porządku. To normalna reakcja. Chcesz napić się wody? – pyta spokojnie.
- Poproszę – odpowiadam dziwiąc się, że ogóle jestem w stanie powiedzieć cokolwiek – Czuję, że cała fala goryczy i poniżenia utknęła w moim gardle i zamierza długo tam posiedzieć.

Słyszę jak wstaje od biurka. Nie mogę jeszcze podnieść głowy. Nie mogę pozwolić sobie na ten luksus aby na niego spojrzeć. Widzę tylko jego oliwkowe materiałowe spodnie. Po sposobie ich wypracowania stwierdzam, że jest kawalerem. Nalewa wodę do szklanki.  Staram się jak najbardziej skupić na tym dźwięku. Chcę zagłuszyć myśli i wspomnienia, które stale napływają do mojej głowy. Strzępki zachwianej świadomości za nic nie chcę ubrać się w jedną sensowną historię. 

Klub…  Bartek… piwo… wychodzę… biegnę…

Nic z tego nie rozumiem i niczego nie mogę skleić do kupy. Obrazy przenikają w mojej głowie, jednocześnie nie dając mi żadnej pewności o swojej prawdziwości. I ten dźwięk , ten okropny dźwięk otwieranej puszki. Nie mogę sobie przypomnieć sytuacji, ale jestem pewien że słyszałem go wczoraj.  I jeszcze to ogromne uczucie gorąca.

                - Pewnie nic nie pamiętasz – mówi  podając mi kubek z wodą – To normalne. GHB robi dziwne rzeczy z poziomem dopaminy w organizmie przez co występują zaniki pamięci, luki, czasami nawet głębsza amnezja. Czy pamiętasz cokolwiek? Coś, co mogłoby potwierdzić fakt, że ktoś podał ci narkotyk?
                - Pamiętam, że bardzo chciałem wyjść z tego klubu. Było mi strasznie gorąco. Wydaje mi się, że wyszedłem sam ,  ale już niczego nie jestem pewien. Reszta to tylko strzępki wspomnień – staram się mówić jak najbardziej spokojnie.
                - Więc jeżeli nie była to zła reakcja na alkohol to tylko podanie takiej tabletki wydaje mi się najbardziej prawdopodobne. Zważywszy na fakt, że była to randka oraz na popularność tego narkotyku ostatnimi czasu, obstawiałbym bardziej przy tej drugiej opcji.

Czuję jak kolejna porcja łez pędzi do moich oczu. Tym razem jednak nie zatrzymuje się. Pędzi coraz szybciej i ogromną falą kulminacji wypływa na powierzchnię. Na pocieszenie mam jedynie kolejną ofiarowaną chusteczkę higieniczną. Brzydzę się siebie i nienawidzę swojej naiwności. Przyłożyłbym sobie mocno w pysk, gdyby miało to cofnąć całą sprawę i sprawić bym poczuł się lepiej. Podnoszę wzrok na mojego rozmówcę. Nie robi na nim wrażenia moja rozpłakana twarz, a jednak ja czuję się jeszcze gorzej. Zupełnie jakbym stał przed nim nagi.

                - Czy jest jakiś sposób na sprawdzenie tego? Jakieś testy krwi na obecność tego gie-ha-coś-tam? – pytam ocierając łzy
                - Niestety nie – mówi to tonem tak szczerym, że prawie fizycznie czuję jego bezradność – Na tym właśnie polega sukces kwasu gamma-hydroksymasłowego. Jest słabo wykrywalny po zażyciu, a już całkowicie niewykrywalny po trzech lub czterech godzinach. W czasie jego działania sprawca czynu może wmówić osobie, która go zażyła praktycznie wszystko. Wyostrza się naiwność i pożądanie, a obniża pamięć i koncentracja. Muszę więc spytać o coś. Czy odczuwasz na swoim ciele jakiekolwiek próby gwałtu lub przemocy?
                - Szczerze? – patrzę na niego bezradnie tym razem już głęboko w oczy – Niczego nie jestem już pewien. Nie odczuwam żadnego bólu.  Pamiętam, że biegłem. Sądząc po godzinie o której mnie znaleziono, nie sądzę aby mnie gdzieś zaciągnął.
                - Możliwe, że dawka była zbyt mała i zachowałeś resztki rozwagi – wydaje mi się, że jego kąciki ust delikatnie się uniosły – Chcesz wnieść oskarżenie? Kiedy policja po ciebie przyjedzie możesz opowiedzieć im o całej sytuacji.  Osobiście uważam, że powinieneś to zgłosić ale to twoja decyzja. Nasza rozmowa pozostaje między nami.
                - Nie sądzę, aby to przyniosło jakieś skutki. Po pierwsze mało pamiętam, po drugie, jak pan powiedział, nie wykryją obecności tego specyfiku, a po trzecie… jest mi po prostu wstyd.
                - Będzie z tobą dobrze – mówi tonem przepełnionym wymuszoną szczerością i ukrywanym smutkiem
                - Jestem strasznie zmęczony – odpowiadam ocierając resztki łez.



Epilog


Wpatruję się w najjaśniejszą z gwiazd, upewniając sam siebie, że to ta Północna. Nigdy nie byłem dobry w tych sprawach. Mama zawsze mówiła mi, że to jej gwiazda, ta najjaśniejsza. Z biegiem lat spotkałem jeszcze kilka osób, które miały swoją gwiazdę na niebie. Zawsze to była ta sama – ta najjaśniejsza. Ja więc nigdy nie chciałem mieć swojej gwiazdy. Patrząc w niebo staram się dojrzeć to, co jest za gwiazdami. Lubię to miejsce – moją ławkę. Powiela na sobie bruzdy i blizny mojej świadomości. Słucha i nie przerywa. Przytula mnie pełna zadumy nad każdym moim słowem. Wciąż, od lat, każe mi iść naprzód i nie poddawać się. Decyduję się więc i dziś, aby iść dalej.

- Cześć – podaję rękę didżejowi prowadzącemu karaoke w Metro, który stoi przed wejściem do klubu paląc papierosa – Moi są jeszcze w środku?
- Siema  – odpowiada z uśmiechem. – Tak, impreza się kręci w najlepsze, więc jeszcze nie zamykamy. Mówili, że nie przyjdziesz dzisiaj ale wiedziałem, że nigdy nie odpuścisz karaoke.

Uśmiecham się szeroko. Bardzo go lubię. Jak wszyscy w tym klubie. Łapię za znajomą mi klamkę. Wchodzę do środka. Zaskakuję wszystkich swoich znajomych. Wiedzieli, że mam dzisiaj randkę i raczej nie przyjdę. Wymieniam uściski, całusy. To wszystko by poczuć się jak w domu. Przez kilka sekund, patrząc na nich, wspominam ostatnie lata. Uśmiecham się szeroko, gratulując sam sobie, że pięć lat temu odważyłem się ponownie tu przyjść. Mam tutaj rodzinę. Z niektórymi z nich spotykam się codziennie, a z innymi jedynie na cotygodniowym karaoke.  Kilka razy przez te lata spotkałem tutaj Bartka. Jednak ogromna dawka wstydu do samego siebie nie pozwoliła mi spytać go, czy coś mi dosypał wtedy do piwa. Udaję się do baru.

- Hej! – uśmiecha się Marta, moja ulubiona barmanka – Już myślałam, że się tu dzisiaj nie pokażesz. To co zwykle dla Ciebie?
- Oczywiście – odpowiadam z uśmiechem.

Zabieram ze sobą napój i wracam do mojego stolika. Biorę łyk ze szklanki i sycąc się zimnem spływającym do gardła. Czuję przynależność do tych osób. Czuję, że jestem komuś potrzebny. A to wygrywa ze wszystkim. Po godzinie potrzebuję papierosa. Postanawiam więc wyjść na zewnątrz.

                - Opowiesz mi kiedyś o tym? – pyta nagle Sebastian. Znamy się od ponad czterech lat. Poznaliśmy się w tym klubie. Kiedyś podszedłem do niego i zacząłem po prostu rozmawiać. Do tej pory pamiętam jak tamtego feralnego wieczoru śpiewał o dobrym seksie, ospałych i zestresowanych ludziach i leku na wszystkie uniesienia.
                - O czym? – odpowiadam pytaniem zdając sobie sprawę z retoryki.
                 - Dlaczego nigdy nie pijesz w tym klubie? Spotykamy się w twoim domu. Pijemy bardzo dużo. Jednak tutaj zawsze towarzyszy ci szklanka wody lub coli. Dlaczego?

Uśmiecham się. Cieszę się, że tu jestem.

                - Kwestia motywacji i dyscypliny – odpowiadam z uśmiechem – Twoja kolej do śpiewania. Wracaj do środka.  Zaraz dojdę.

Oceniam dzień dzisiejszy. Cudowna noc, cudowny chłopak, a jednak jeden z następnych. Wciąż odczuwam smutek, który pojawił się w momencie, gdy oznajmił mi, że również był w tej cholernej piwnicy. I tą niechęć, której w takich momentach nie mogę od siebie odpędzić. Skreśliłem przez te lata kilku potencjalnych kandydatów. Nie umawiam się na randki bojąc się o ich przebieg. A jednak mimo tego zachowałem swoją spontaniczność i wiarę w to, że mogę lepiej. Dzięki temu zakończyłem dzień w obecności ludzi prawdziwych.

- Szukam Cię Tato – mówię patrząc w rozgwieżdżone niebo.

Cieszę się, że jestem.






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sylwester w spódnicy

Prolog - Przepraszam, czy mógłbym tutaj z tobą posiedzieć? – usłyszałem zdyszany głos nad głową. Spojrzałem na niego. Zapuchnięte oczy, nabrzmiała od uderzenia warga i trzęsące się ciało. Widziałem jak starał się to przede mną ukryć. Jego twarz przypominała tamę, która prawie pękała pod naciskiem łez. Jego wargi obijały się o siebie w bardzo szybkim rytmie. Tym jednym zdaniem zdziwił mnie, a zarazem przypomniał jak kiedyś byłem tutaj, na jego miejscu. Był młody. Mógł mieć około dwudziestu lat. Wyraźnie przestraszony konkretną sytuacją chłopiec, oczekiwał dziś czegoś ode mnie. Potrzebował pomocy. - Możesz, oczywiście – odpowiedziałem poważnym tonem – Może zaprowadzę cię do lekarza? Ktoś powinien to obejrzeć. Spojrzał na mnie zdziwiony, jakby nie takiej odpowiedzi oczekiwał. Byłem za bardzo zmęczony, by o tym myśleć. Kilka godzin wcześniej definitywnie pożegnałem Adriana. Później uprawiałem seks z człowiekiem, którego imię ledwie pamiętałem. A jednak te jego...

Wysprzątana piwnica

Prolog Byłem gotów… Wszedłem do łazienki. Odnalazłem na półce krople. Te na zmęczone oczy. Tak aby ukryć każde cierpienie. Krem do twarzy. Ten mocniejszy, dla czterdziestolatków. Rozsmarowałem dokładnie, jak zawsze łudząc się na efekty. Może chociaż część tych zmarszczek pokryje. Podkład w kolorze Natural beige . Starannie naniosłem niewielką ilość.  Szczególnie w prawym, górnym rogu twarzy. Tuż przy zaczynającej się linii włosów. Chwila zastanowienia. Krótkie, głębsze w lustro spojrzenie. I ta słaba, mimowolna wdzięczność, że tak wysoko mam tę bliznę. Puder. Ten sam odcień. Rozprowadziłem małą gąbką po twarzy, zadowolony z efektów własnego kamuflażu. Ostatnie w lustro spojrzenie. Byłem gotów. Wyciągnąłem z szafki najładniejsze majtki. Te białe, moje ulubione. Oderwałem metkę z nowej bluzki. Ostrożnie włożyłem ją na siebie, by pudru przy tym nie zmazać. Była ładna. Czarna, z długim rękawem. Obciąłem metki przy spodniach. Tych również nowych, kupionych s...