Przejdź do głównej zawartości

Stado ptaków





Prolog


Był ostry. Jego matka miała bzika na tym punkcie. Często siedziała w kuchni ocierając nożem o gar do kiszenia ogórków. Nie lubiłem tego dźwięku. Ciarki przechodziły po moich plecach, a włosy na rękach prostowały się jak kolce jeża. Jej fanatyzm jednak się przydał. Im ostrzej tym szybciej. Tym łatwiej. Obracałem go przez chwilę trzymając za czarną plastikową rączkę, łapiąc ostrzem światło padające z parkowej lampy. Bolała mnie głowa. Wymacałem ją drugą ręką. Naliczyłem kilka guzów. Nie bolało tak mocno jak pęknięta czaszka kilka miesięcy temu, kiedy uderzył mnie flakonem perfum, ale jednak miało swoją znaczną intensywność.  Jeszcze bardziej bolały plecy. Obejrzałem je dziś rano w lustrze. Były kolorowe od sińców. A jednak było coś, co bolało najbardziej. Niefizycznie. Pozostałe resztki mojego honoru starały się pocieszyć te, które już upadły. Za wiele było jednak we mnie myśli i wspomnień ostatniej nocy. I ta ławka. Przeklęty nabytek sprzed kilku miesięcy, który jak żaden człowiek potrafił mnie uspokoić. A jednak nie przyszedłem tu po spokój. Przyszedłem aby tutaj właśnie wszystko zakończyć. Spotkać tego starucha z ławki i pokazać mu jak bardzo się mylił.

- Nie policzę ile razy upadnę, policzę ile razy wstanę – powiedziałem po cichu – Gówno prawda! Nie wiem jak kurwa dałeś radę! Nie wiem jak mogę być kiedyś tobą! Nie mam siły! Stań tu raz jeszcze i mi wytłumacz, bo ja z tego pociągu chcę już wysiąść!

Płakałem. Mówiłem sam do siebie nie zastanawiając się nad tym. W głowie miałem jego słowa, wczorajszy dzień i bilans z tych dwóch rzeczy, który nijak nie potrafił wyjść pozytywnie. Dotknąłem ostrzem nadgarstka. Przesuwałem delikatnie, powoli w górę i w dół ostrą końcówką rysując żyły na rękach. Śledziłem  ich przebieg i zaznaczałem sobie wędrówkę, którą za chwilę miałem wykonać. Należałoby jedynie mocniej przycisnąć ostrze. Fakt ogromnej desperacji wygrywał z brakiem odwagi by to zrobić. Zawsze uważałem, że trzeba być do tego bardzo dzielnym, ale siedząc na tej ławce jedyną moją wiarą była wystarczająca dawka zrozpaczenia, by móc tego dokonać. Zastanawiałem się czy będzie bolało i jak szybko stracę przytomność.

„Przez każdą krzywdę z ciebie płynącą” – pomyślałem.

Przycisnąłem nóż przy nadgarstku. Byłem gotów.



1
5 miesięcy wcześniej


Wracając do domu cały czas zastanawiałem się nad zaistniałą sytuacją i jej absurdalnością. Ławka, pomarszczony chłopiec, oczy jak moje, nawet ta blizna na czole. No niby moja rana świeża jest, ale jego dwie szramy pod włosami doskonale oddawały kształt butelki, którą dostałem w głowę. Starałem się wyciągnąć jakieś wnioski i naukę z przekazanej lekcji. W głowie miałem wiele jego słów. Doskonale zarejestrowałem wypowiadane przez niego zdania, jakby pochodziły z mojego mózgu.

„Masz w sobie pokłady wiary, których nie mają ci, którzy fizycznie pokazują jak bardzo od ciebie są silniejsi. Ta wiara mieszka w twoim sercu i jest szczera, dopóki i serce twoje będzie względem siebie szczere. Tam, w górze, ktoś czuwa nad tobą”

Ricky - pomyślałem – Potrzebuję Cię. Co mam zrobić? Miałeś być moim aniołem stróżem? Pomóż mi.

Obraziłem się za brak znaku i jakiejkolwiek odpowiedzi od niego. Mówiłem mu często jak bardzo za nim tęsknię, chodziłem zapalać ten cholerny znicz, a on nawet ten jeden raz nie mógł mi pomóc.

Odejść od Adriana? Oczywiście że odejść. Tylko jak? Wyprowadzić się? Wynająć coś, jakiś pokój?- tysiące myśli krążyło mi po głowie.

Bałem się. Nie wiedziałem co mnie tam czeka. Może już mnie spakował. Albo leży pijany. Albo najpewniej nie ma go w domu. Upaja się nowymi doznaniami z kolejnym internetowym kochankiem. Zadziwiający był fakt, że teraz to wyjście najbardziej by mi odpowiadało. Nie wiedziałem tylko dokąd mógłbym pójść po spakowaniu wszystkich swoich rzeczy. Jak miałbym sobie poradzić na własną rękę. Jak miałbym go nie mieć w swoim życiu. Szedłem powoli, chciałem być tam jak najpóźniej. Było ciemno. Do teraz nie zdawałem sobie sprawy, że tak zasiedziałem się na tej ławce z tym małym staruszkiem. Doszedłem. Powoli przekręciłem zamek w drzwiach. Zdjąłem buty. Otworzyłem cicho drzwi pokoju. Widok ten sprawił że moje serce zamarło

- Cześć misiu – powiedział wstając z łóżka.

Nie odzywałem się. Nie potrafiłem nic powiedzieć. Blask bijący od dziesiątek świec poustawianych w różnych miejscach pokoju był cudowny. Uśmiechał się. Widziałem, że się boi. Odwagi zapewne dodawał mu utrzymujący się w organizmie alkohol. Staliśmy tak oboje przez chwilę, która zdawała się trwać godzinami. Nawet pies nie podbiegł do mnie na przywitanie, jak to zwykł robić. Im dłużej na niego patrzyłem, tym bardziej niepewny uśmiech znikał z jego twarzy. Czułem jak po policzku spływa mi łza, której nie chcę. Nie chciałem już nigdy przez niego płakać. Nie chciałem też rozczulać się nad tą sytuacją. Chciałem się spakować. Wyjść. Gdzie? Nie wiem. Może do Kamili. Gdziekolwiek. Podszedłem do szafy. Czułem, że muszę się ruszyć, bo spędzimy tak całą noc gapiąc się na siebie. Wyjąłem podróżną małą torbę. Pomyślałem że zabiorę na razie tylko trochę ciuchów, a jak będę wiedział co dalej, to wrócę po resztę. Stanąłem przed szafką z ciuchami i wpatrywałem się tępo w poskładaną garderobę.  Nie byłem w stanie myśleć.  Poczułem, że podchodzi. Nie chciałem tego. Serce cisnęło mi się do gardła. Uklęknął.

- Przepraszam – rozpłakał się – Tak bardzo cię przepraszam.
- Chyba trochę za późno na to – odpowiedziałem używając najmniej emocji jak tylko mogłem.
- Nie zostawiaj mnie. Błagam cię nie zostawiaj mnie samego. Nie umiem żyć bez ciebie. Nie poradzę sobie bez ciebie. Na zawsze razem, pamiętasz? Porozmawiaj ze mną – mówił to wszystko bardzo szybko. Byłem zły na siebie, że w ogóle tego słucham.
- O czym chcesz rozmawiać? – spytałem.
- O nas, o tym jak mi przykro, o tym jaki kochany skarb mam przy sobie, jak dbasz o mnie i dzielny jesteś. 
O tym jak bardzo na ciebie nie zasłużyłem. O tym, że mimo wszystko chcę się starać. O, zobacz to dla ciebie. Tulipan. Tak jak lubisz. Czarnego nie znalazłem ale białe tez lubisz. Pani w kwiaciarni kazałem najładniejszego wybrać – uśmiechał się do mnie tak jakby wiedział, że już wszystko zdziałał.
- Czego ty ode mnie oczekujesz Adrian? Co chcesz osiągnąć tą rozmową, po tym wszystkim co zrobiłeś? – spytałem oschle patrząc mu w oczy.
- Usiądź, porozmawiaj ze mną. Wysłuchaj mnie, proszę.

Chwycił moją dłoń i zaprowadził w kierunku łóżka. Usiadłem. Wysłuchałem. Zawsze wiedział jak w kilka minut sprawić bym wybaczył. Zostałem.




2


miesiąc wcześniej

- Cześć kochanie! – krzyknąłem wchodząc do mieszkania – Kupiłem nam coś.
- Co kupiłeś?
- Skarbonkę. Zobacz żółta świnia – pokazałem przedmiot mojemu chłopakowi.
- Śmieszna. A po co nam to? – spytał z uśmiechem.
- Będę do niej wrzucał pieniądze. Zarabiam dużo, a cały czas kupuję  kolejne ciuchy. Przez to że wypłatę dostaję tygodniówkami, wiesz jak ciężko jest coś odłożyć.  Ty teraz nie pracujesz, a plany jakieś już mamy. Pomogę nam je spełnić – wytłumaczyłem.
- Cieszę się. Przynajmniej nie będziesz trwonił wszystkiego na te łachy.

Zadowolony postawiłem przedmiot na półce kredensu. Byłem  dumny ze swojego postanowienia. Chcieliśmy wyjechać do większego miasta, mieszkać razem, pracować, żyć w społeczeństwie. Musieliśmy mieć jakieś swoje pieniądze na wynajęcie mieszkania i inne wydatki. Adrian nie pracował. Pomysł na jego własny interes nie wypalił, więc aktualnie starał się wymyślić co dalej. Zawsze był typem biznesmena i uważał, że osiągnie zawodowy sukces zaciągając kolejny kredyt w banku na nowy „pomysł na siebie”. Drażniło mnie to, ale starałem się wspierać go w tym nie pokazując wątpliwości. Po naszych ostatnich przeżyciach i kłótniach, odmieniliśmy swój związek. Po wieczorze na pogotowiu i zszywanej czaszce zdecydowaliśmy więcej rozmawiać ze sobą i starać się siebie rozumieć. Zdarzały nam się kłótnie ale porównując je do niektórych wydarzeń sprzed czterech miesięcy, uważałem że wszystko idzie w dobrym kierunku. Starał się. Pił mało i rzadko. Nigdy sam. Tak jak obiecał.



3

dzień wcześniej


Pierwszy raz dostałem tak dużą wypłatę. Szef pogratulował mi wyników i oznajmił że należy mi się dodatkowa premia. Cieszyłem się. Przed oczami miałem już wyobrażenie jak Adrian zadowolony jest z pokaźnej sumy, która dorzucam do skarbonki. Minął miesiąc od jej kupna, a ja zdołałem odłożyć kilkaset złotych. Liczyłem je codziennie napawając się dumą. Byłem zadowolony, że po raz pierwszy w życiu realizuję swój cel do końca. Pieniądze które już mieliśmy wystarczą na wynajęcie mieszkania. Musiałem jeszcze uzbierać coś na życie. Wyjazd był coraz bliżej. A tam cudowna przyszłość razem. Zadzwoniłem do Adriana. Chciałem go poinformować, że dostałem tak dużo pieniędzy i powiedzieć, że właśnie kończę pracę. Nie odebrał.

Pewnie bierze kąpiel – pomyślałem.

Uśmiech nie znikał z mojej twarzy przez całą drogę. Otworzyłem szybko drzwi i wbiegłem do domu. Wesołość, którą miałem w sobie jeszcze przed chwilą zdawała się być odległa o kilka epok. Spał. W powietrzu unosił się odór alkoholu i dymu papierosowego. Na małym stoliku przy łóżku, ułożonych było równo w rzędzie siedem puszek po piwie. Każda otwarta. Rytualnie jedna niewypita do końca. Nie pracował. Nie mógł mieć na to pieniędzy.

- Przecież nie…- urwałem podchodząc szybko do kredensu.

Żółta świnka stała w tym samym miejscu. Uśmiechała się tą swoją śmieszną mordką, wytrzeszczając na mnie namalowane, czarne oczy. A do tego napawała optymizmem nie tyle przez narysowane na niej kwiatki, ile przez zawartość, którą skrywała w środku. Właśnie przestała nim napawać. Żółta świnka była pusta.

- Wstań! – powiedziałem głośno szturchając go w ramię – Wstań powiedziałem, chcę cię o coś spytać.
- Dlaczego mnie budzisz? – powiedział obrażonym, zaciągającym głosem. Był pijany.
- Dlaczego piłeś? – starałem się być spokojny. Chciałem, by mój głos brzmiał stanowczo i inteligentnie.
- Bo tak chciałem – odpowiedział krótko.
- To nie jest odpowiedź.
- Nie interesuje mnie to. Dałem taką odpowiedź, jaką uważałem za słuszną – ton jego głosu brzmiał jak walkman z wyczerpującą się baterią.
- Gdzie są pieniądze ze skarbonki? – brzmiałem coraz bardziej zdenerwowanie i dosadnie. Było mi wszystko jedno.
- Nie ma – odpowiedział krótko.
- Tyle zauważyłem. Pytałem gdzie są – moje poirytowanie rosło z każdą sekundą.
- Wydałem. Kupiłem piwa. Musiałem się napić.
 - Adrian! – krzyknąłem – Nie wydałeś na siedem piw kilkuset złotych! Co zrobiłeś z naszymi pieniędzmi?
- O! Widzisz?! Naszymi pieniędzmi. Na-Szy-Mi. Czyli ja też mogłem zdecydować, co chcę z nimi zrobić!
- I co zrobiłeś z nimi? – starałem się uspokoić i mówić ciszej. Wiedziałem, że nic nie wskóram krzykiem na pijanego człowieka.
- Zgubiłem może – na chwilę pomyślałem, że widząc tę sytuację z boku zapewne śmieszyłyby mnie dawane przez niego odpowiedzi. Sytuacja jednak dotyczyła mnie. Nas. Nie było mi z tym do śmiechu.

Wybiegłem. Czułem, że się rozpłaczę, a nie chciałem żeby to widział. Pił. Przekreślił wszystko. Obiecywał. Starałem się wrócić myślami do momentu, w którym szczęśliwy wracałem do domu i pochwycić choć trochę tamtego siebie. Nie potrafiłem. Poszedłem do sklepu. Nie paliłem od kilku miesięcy. Czułem, że teraz bardzo potrzebuję papierosa. Kupiłem paczkę Marlboro Light, półlitrową butelkę czystej wódki i karton mleka. Usiadłem na ławce. Rozmyślałem. Starałem się uspokoić, ale nie mogłem myśleć o niczym innym. Czułem się oszukany i psychicznie zdradzony. Nie wiem jak długo tam siedziałem. Nie doszedłem do żadnych wniosków. Wiedziałem, że to koniec. Koniec nas.
Wróciłem do domu. Zgodnie z moimi przypuszczeniami spał nie reagując na mój powrót. Patrząc na stół zdałem sobie sprawę, że oprócz puszek jest tam też pusta butelka po whisky. Nie byłem pewien czy wcześniej tam stała. Dostałem ją kiedyś od niego na urodziny i trzymałem, by otworzyć przy specjalnej okazji. Nie zdążyłem. Stała tam teraz zupełnie pusta śmiejąc się ostatnimi kroplami z mojej naiwności. Poszedłem do kuchni. Odkręciłem kupioną butelkę wódki i całą zawartość wylałem do zlewu. Otworzyłem karton z mlekiem i powoli, starając się nie rozlewać, uzupełniłem nim butelkę.   Wróciłem do pokoju. Usiadłem w fotelu stawiając butelkę na stole. Zapaliłem papierosa. Wyrwałem z zeszytu czystą kartkę. Napisałem grubym czarnym mazakiem:


T Y M  S I Ę  N A P I J     !  !  !  


Oparłem kartkę o wypełnioną mlekiem butelkę w taki sposób, aby były to pierwsze rzeczy jakie zobaczy po przebudzeniu. Dopaliłem papierosa. Wyszedłem na spacer.



4



Kiedy wróciłem do domu nie spał. Siedział wpatrzony w puszkę piwa, którą trzymał w dłoniach. Nie zwracałem na niego uwagi. Z szafy wyciągnąłem podróżną torbę. Zacząłem wrzucać do niej ciuchy. Nie chciało mi się płakać. Byłem obrzydzony człowiekiem, którego kochałem. Poszedłem po następną torbę. Nie odzywałem się ani słowem.

- Kochanie – powiedział cicho.

Wiedziałem, że przez cały czas mnie obserwuje. Nie odpowiadałem. Nie miałem ochoty nawet na niego spojrzeć.

-Kochanie… - powtórzył  - Kochanie…

Nagle rozległ się ogromny huk. Słyszałem dźwięk przewracanych i odbijających się puszek. Chciałem się obrócić, ale w tym momencie mój kręgosłup przeszył ogromny ból. Silne uderzenie pięścią sprawiło, że straciłem oddech. W ciągu ułamka sekundy opadłem bezsilnie pchnięty na łóżko. Nie byłem w stanie krzyczeć. Chciałem, próbowałem, ale głos nie wydobywał się z mojej krtani. Kolejne uderzenia w plecy potęgowały wielki ból kręgosłupa. Chciałem by przestał ale nie miałem siły się podnieść. Czułem, że jego złość potęguje fakt, że nie reaguję ale nie byłem w stanie się ruszyć. Siedział na mnie okrakiem uderzając na przemian w plecy i głowę zaciśniętą pięścią. Dziękowałem Bogu i jednocześnie modliłem się, by nie było to nic innego niż pięść. Aby nie przyszło mu do głowy chwycić za coś i tym uderzać. Nie trwało to długo. Był zbyt pijany. Po około dwóch minutach, które zdawały się być wiecznością jego uderzenia stawały się słabsze i wolniejsze. Zaczynałem odczuwać ulgę. Wiedziałem, że już kończy. Podniósł się ze mnie powolnym i ociężałym ruchem. Czułem, ze tracę przytomność. Chciałem odpłynąć, zasnąć, umrzeć. Nagle poczułem jak silnym i stanowczym ruchem spodnie zjeżdżają mi w dół wraz z bielizną. Mocnym parciem na moje ciało wszedł we mnie, pomimo nieosiągniętego  w pełni wzwodu. Płakałem. Dopiero teraz bezdźwięcznie zacząłem płakać. Kolejne miejsce mojego ciała przeszył silny ból, kiedy sądziłem że to już koniec cierpienia. Stękał i sapał. Wiedziałem, że sprawia mu to wiele trudności, a jednocześnie przez siłę z jaką naciskał, czułem jego determinację. Nienawidziłem go. Kolejne trzy minuty cierpienia zakończone zostały rykiem wydostającym się z jego gardła. Po wszystkim wyszedł ze mnie i nogami pchając w żebra zepchnął z łóżka.




5



Leżałem tam. Z gołą i obolałą dupą. Obnażony przez zsunięte z pośladków majtki. Bałem się ruszyć. Bałem się go zdenerwować. Ból ustawał. Czułem się coraz słabszy. Resztkami sił cicho doczołgałem się do łazienki. Chwyciłem za wannę i podniosłem się w górę. Z uwagi na podłączoną bezpośrednio do szamba kanalizację wanna zawsze musiała być przytkana korkiem. Wyciągnąłem rękę do kurka. Zimna woda wywoływała ogromną ulgę. Chciałem, by ta chwila trwała wiecznie. Widziałem jak wanna zapełnia się wodą, ale nie miałem siły podnieść się na tyle, by do niej wejść. Nie musiałem. Nagle poczułem, że tracę przytomność. Ciało przestawało czuć cokolwiek. Pamiętam tylko głowę zanurzającą się pod wodą i odbijającą o blachę wanny. Nie wywołało to bólu. Odpłynąłem.

- Nic ci nie jest?! – krzyczał Adrian. Nie wiedziałem co się dzieje. Byłem cały mokry i kompletnie bezsilny. On wydawał się o wiele trzeźwiejszy – Wpadłeś do wanny. Cały. Usłyszałem huk. Wystraszyłem się.

- Od-pier-dol się ode mnie – wyszeptałem głosem konającego dziadka.

Wyszedł bez słowa. Byłem przerażony. Nie czułem już dużego bólu. Uśmierzyła go zimna woda i dochodzący do siebie po omdleniu mózg. Spojrzałem na podłogę i na nadal opuszczone do kolan majtki. Ślady krwi. Czerwone plamy wspomnień zeszłych chwil. I wciąż ten nieustający strach. Piekło i bolało jednocześnie. Było mi wszystko jedno. Zasnąłem.




Epilog



Na ławkę nagle zleciał gołąb. Nie wiadomo skąd sfrunął niewzruszony stawiając łapy na oparciu mojej ławki w momencie, gdy mocno przyciśnięte ostrze zaczęło przesuwać się po ręce. Nie pamiętam od jak dawna tak bardzo boję się ptaków. Szczególnie gołębi. Ochoczo przekazuję tę informację możliwie jak największej ilości znajomych mi osób, aby ci idąc ze mną mogli przeganiać ptaszyska z mojej drogi. Najmniej pewnie czuję się w Rynkach dużych miast. Tam jest ich zawsze najwięcej. Podziwiam dzieci wbiegające żwawo w stado ptaków, uśmiechnięte i zadowolone próbują pochwycić trzepoczące skrzydła. Okropność. Jestem posłuszny ptakom. Królują nade mną. Grzecznie przechodzę na drugą stronę ulicy, gdy one mają akurat ochotę pospacerować sobie moją częścią chodnika. Nie karmię ich chlebem, ale też nie tupię na nie nogą. Starałem się to zwalczyć. Nawet papugę kupiłem. Zamykałem wszystkie okna i dzielnie otwierałem klatkę, aby mogła sobie pofruwać. Nie dawałem sobie z tym rady. Chciałem. Bardzo chciałem. Ale strach zatrzymujący serce, za każdym razem, kiedy moje niebieskie ptaszysko przelatywało z jednego mebla na drugi, był tak silny, że nie umiałem sobie z tym poradzić. Czekałem tylko aż w końcu wleci do klatki bym mógł ją tam zamknąć. Czułem w pewnym sensie ulgę, kiedy zobaczyłem pewnego ranka, że ptaszek leży na dnie klatki bez ruchu. Czułem się wtedy silniejszy od niego i nienawidziłem siebie za te odczucia. Nie zrobiłem mu ceremonialnego pogrzebu. Po prostu poprosiłem mojego chłopaka, aby wyrzucił ptaszynę do śmietnika pod zlewem. W parku z moją ławką nie widywałem gołębi. Może po części to decydowało o jeszcze większym bezpieczeństwie tego miejsca.  Wyjąłem z kieszeni spodni paczkę chusteczek higienicznych. Przyłożyłem jedną z nich na powstałe skaleczenie na ręce. Przycisnąłem mocno. Nie bolało. Piekło. Rana nie była głęboka.

- Boję się ciebie – powiedziałem cicho do ptaka.  

Spojrzał na mnie. Byłem pewien, że na mnie patrzy. Uniósł w górę skrzydła i wtedy zauważyłem, że jedno z nich jest prawdopodobnie złamane. Opadało w połowie w dół. Opuścił je i został jeszcze chwilę pozwalając mi zrozumieć. Nie musiał znać ludzkiej mowy. Wiedziałem, że nie potrzeba nam słów i opowieści o jego cierpieniu, którego doświadczył łamiąc skrzydło. Pokazał mi, że nadal istnieje. Że potrafi patrzeć na mnie tak, że nie ofiarowuje mi przy tym poczucia strachu. Zeskoczył z ławki i tuptając parkową alejkę udał się w nieoświetloną część parku. Kochał życie mimo złamanego skrzydła. Dziękował za istnienie, pomimo po drodze doznanego cierpienia.

Wstałem. Spojrzałem w niebo szukając nadziei i starając się jak ptak pokochać życie.

- Szukam Cię Tato.

Ktoś kiedyś powiedział mi:

„Jeśli się czegoś boisz, rób to tak długo aż ten strach nie zniknie.”

Tej nocy wszedłem w stado ptaków…


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sylwester w spódnicy

Prolog - Przepraszam, czy mógłbym tutaj z tobą posiedzieć? – usłyszałem zdyszany głos nad głową. Spojrzałem na niego. Zapuchnięte oczy, nabrzmiała od uderzenia warga i trzęsące się ciało. Widziałem jak starał się to przede mną ukryć. Jego twarz przypominała tamę, która prawie pękała pod naciskiem łez. Jego wargi obijały się o siebie w bardzo szybkim rytmie. Tym jednym zdaniem zdziwił mnie, a zarazem przypomniał jak kiedyś byłem tutaj, na jego miejscu. Był młody. Mógł mieć około dwudziestu lat. Wyraźnie przestraszony konkretną sytuacją chłopiec, oczekiwał dziś czegoś ode mnie. Potrzebował pomocy. - Możesz, oczywiście – odpowiedziałem poważnym tonem – Może zaprowadzę cię do lekarza? Ktoś powinien to obejrzeć. Spojrzał na mnie zdziwiony, jakby nie takiej odpowiedzi oczekiwał. Byłem za bardzo zmęczony, by o tym myśleć. Kilka godzin wcześniej definitywnie pożegnałem Adriana. Później uprawiałem seks z człowiekiem, którego imię ledwie pamiętałem. A jednak te jego...

Wysprzątana piwnica

Prolog Byłem gotów… Wszedłem do łazienki. Odnalazłem na półce krople. Te na zmęczone oczy. Tak aby ukryć każde cierpienie. Krem do twarzy. Ten mocniejszy, dla czterdziestolatków. Rozsmarowałem dokładnie, jak zawsze łudząc się na efekty. Może chociaż część tych zmarszczek pokryje. Podkład w kolorze Natural beige . Starannie naniosłem niewielką ilość.  Szczególnie w prawym, górnym rogu twarzy. Tuż przy zaczynającej się linii włosów. Chwila zastanowienia. Krótkie, głębsze w lustro spojrzenie. I ta słaba, mimowolna wdzięczność, że tak wysoko mam tę bliznę. Puder. Ten sam odcień. Rozprowadziłem małą gąbką po twarzy, zadowolony z efektów własnego kamuflażu. Ostatnie w lustro spojrzenie. Byłem gotów. Wyciągnąłem z szafki najładniejsze majtki. Te białe, moje ulubione. Oderwałem metkę z nowej bluzki. Ostrożnie włożyłem ją na siebie, by pudru przy tym nie zmazać. Była ładna. Czarna, z długim rękawem. Obciąłem metki przy spodniach. Tych również nowych, kupionych s...

Biała szmata

Prolog Patrzę w te jego brązowe oczy. Błyszczą pełne uczucia, które dla mnie stało się już obce i dalekie. Uczucia, które dawno wyparłem i zapomniałem, a zarazem tak bardzo chcę na nowo poznać. A jednak za nimi dostrzegam coś, czego mi nie mówi. Patrzy i patrzy, a ja wciąż staram się wyłudzić prawdę spojrzeniami, błaganiami i kolejnymi gestami cielesnymi. Przykładam dłoń do jego policzka. Jest taki rozpalony. Przesuwam delikatnie po nim kciukiem, a resztą palców dotykam jego ucha. Co chwilę obdarza mnie niepewnym mrugnięciem powiek. To takie stresujące. Jest taki śliczny. Taki mój tej nocy. Spoglądam w te oczy czując nadzieję na kolejne dni. Może to ten? Ten jedyny? Może to na niego tyle czekałem? Co jednak znaczy ten strach w jego oczach? Nie rozumiem. Uśmiecham się delikatnie zachowując maksymalną ostrożność i dbając o nagle zaistniałą powagę sytuacji. Już coraz to bardziej gęstą mgłą otacza się orgazm, który oboje przeżyliśmy przed dosłownie minutą. Przez chwilę ...