Prolog
Był ostry. Jego matka miała bzika
na tym punkcie. Często siedziała w kuchni ocierając nożem o gar do kiszenia
ogórków. Nie lubiłem tego dźwięku. Ciarki przechodziły po moich plecach, a
włosy na rękach prostowały się jak kolce jeża. Jej fanatyzm jednak się przydał.
Im ostrzej tym szybciej. Tym łatwiej. Obracałem go przez chwilę trzymając za
czarną plastikową rączkę, łapiąc ostrzem światło padające z parkowej lampy.
Bolała mnie głowa. Wymacałem ją drugą ręką. Naliczyłem kilka guzów. Nie bolało
tak mocno jak pęknięta czaszka kilka miesięcy temu, kiedy uderzył mnie flakonem
perfum, ale jednak miało swoją znaczną intensywność. Jeszcze bardziej bolały plecy. Obejrzałem je
dziś rano w lustrze. Były kolorowe od sińców. A jednak było coś, co bolało
najbardziej. Niefizycznie. Pozostałe resztki mojego honoru starały się
pocieszyć te, które już upadły. Za wiele było jednak we mnie myśli i wspomnień
ostatniej nocy. I ta ławka. Przeklęty nabytek sprzed kilku miesięcy, który jak
żaden człowiek potrafił mnie uspokoić. A jednak nie przyszedłem tu po spokój.
Przyszedłem aby tutaj właśnie wszystko zakończyć. Spotkać tego starucha z ławki
i pokazać mu jak bardzo się mylił.
- Nie policzę ile razy upadnę, policzę ile razy wstanę – powiedziałem
po cichu – Gówno prawda! Nie wiem jak kurwa dałeś radę! Nie wiem jak mogę być
kiedyś tobą! Nie mam siły! Stań tu raz jeszcze i mi wytłumacz, bo ja z tego
pociągu chcę już wysiąść!
Płakałem. Mówiłem sam do siebie nie zastanawiając się nad
tym. W głowie miałem jego słowa, wczorajszy dzień i bilans z tych dwóch rzeczy,
który nijak nie potrafił wyjść pozytywnie. Dotknąłem ostrzem nadgarstka.
Przesuwałem delikatnie, powoli w górę i w dół ostrą końcówką rysując żyły na
rękach. Śledziłem ich przebieg i
zaznaczałem sobie wędrówkę, którą za chwilę miałem wykonać. Należałoby jedynie
mocniej przycisnąć ostrze. Fakt ogromnej desperacji wygrywał z brakiem odwagi by
to zrobić. Zawsze uważałem, że trzeba być do tego bardzo dzielnym, ale siedząc
na tej ławce jedyną moją wiarą była wystarczająca dawka zrozpaczenia, by móc
tego dokonać. Zastanawiałem się czy będzie bolało i jak szybko stracę
przytomność.
„Przez każdą krzywdę z ciebie płynącą” – pomyślałem.
Przycisnąłem nóż przy nadgarstku. Byłem gotów.
1
5 miesięcy wcześniej
Wracając do domu cały czas zastanawiałem się nad zaistniałą
sytuacją i jej absurdalnością. Ławka, pomarszczony chłopiec, oczy jak moje,
nawet ta blizna na czole. No niby moja rana świeża jest, ale jego dwie szramy
pod włosami doskonale oddawały kształt butelki, którą dostałem w głowę.
Starałem się wyciągnąć jakieś wnioski i naukę z przekazanej lekcji. W głowie
miałem wiele jego słów. Doskonale zarejestrowałem wypowiadane przez niego
zdania, jakby pochodziły z mojego mózgu.
„Masz w sobie pokłady
wiary, których nie mają ci, którzy fizycznie pokazują jak bardzo od ciebie są
silniejsi. Ta wiara mieszka w twoim sercu i jest szczera, dopóki i serce twoje
będzie względem siebie szczere. Tam, w górze, ktoś czuwa nad tobą”
Ricky - pomyślałem – Potrzebuję Cię. Co mam zrobić? Miałeś być
moim aniołem stróżem? Pomóż mi.
Obraziłem się za brak znaku i jakiejkolwiek odpowiedzi od
niego. Mówiłem mu często jak bardzo za nim tęsknię, chodziłem zapalać ten cholerny
znicz, a on nawet ten jeden raz nie mógł mi pomóc.
Odejść od Adriana?
Oczywiście że odejść. Tylko jak? Wyprowadzić się? Wynająć coś, jakiś pokój?- tysiące
myśli krążyło mi po głowie.
Bałem się. Nie wiedziałem co mnie tam czeka. Może już mnie
spakował. Albo leży pijany. Albo najpewniej nie ma go w domu. Upaja się nowymi
doznaniami z kolejnym internetowym kochankiem. Zadziwiający był fakt, że teraz
to wyjście najbardziej by mi odpowiadało. Nie wiedziałem tylko dokąd mógłbym
pójść po spakowaniu wszystkich swoich rzeczy. Jak miałbym sobie poradzić na
własną rękę. Jak miałbym go nie mieć w swoim życiu. Szedłem powoli, chciałem być
tam jak najpóźniej. Było ciemno. Do teraz nie zdawałem sobie sprawy, że tak
zasiedziałem się na tej ławce z tym małym staruszkiem. Doszedłem. Powoli
przekręciłem zamek w drzwiach. Zdjąłem buty. Otworzyłem cicho drzwi pokoju.
Widok ten sprawił że moje serce zamarło
- Cześć misiu – powiedział wstając z łóżka.
Nie odzywałem się. Nie potrafiłem nic powiedzieć. Blask
bijący od dziesiątek świec poustawianych w różnych miejscach pokoju był
cudowny. Uśmiechał się. Widziałem, że się boi. Odwagi zapewne dodawał mu utrzymujący
się w organizmie alkohol. Staliśmy tak oboje przez chwilę, która zdawała się
trwać godzinami. Nawet pies nie podbiegł do mnie na przywitanie, jak to zwykł robić.
Im dłużej na niego patrzyłem, tym bardziej niepewny uśmiech znikał z jego
twarzy. Czułem jak po policzku spływa mi łza, której nie chcę. Nie chciałem już
nigdy przez niego płakać. Nie chciałem też rozczulać się nad tą sytuacją.
Chciałem się spakować. Wyjść. Gdzie? Nie wiem. Może do Kamili. Gdziekolwiek.
Podszedłem do szafy. Czułem, że muszę się ruszyć, bo spędzimy tak całą noc
gapiąc się na siebie. Wyjąłem podróżną małą torbę. Pomyślałem że zabiorę na
razie tylko trochę ciuchów, a jak będę wiedział co dalej, to wrócę po resztę.
Stanąłem przed szafką z ciuchami i wpatrywałem się tępo w poskładaną garderobę.
Nie byłem w stanie myśleć. Poczułem, że podchodzi. Nie chciałem tego.
Serce cisnęło mi się do gardła. Uklęknął.
- Przepraszam – rozpłakał się – Tak bardzo cię przepraszam.
- Chyba trochę za późno na to – odpowiedziałem używając najmniej
emocji jak tylko mogłem.
- Nie zostawiaj mnie. Błagam cię nie zostawiaj mnie samego.
Nie umiem żyć bez ciebie. Nie poradzę sobie bez ciebie. Na zawsze razem,
pamiętasz? Porozmawiaj ze mną – mówił to wszystko bardzo szybko. Byłem zły na
siebie, że w ogóle tego słucham.
- O czym chcesz rozmawiać? – spytałem.
- O nas, o tym jak mi przykro, o tym jaki kochany skarb mam
przy sobie, jak dbasz o mnie i dzielny jesteś.
O tym jak bardzo na ciebie nie zasłużyłem.
O tym, że mimo wszystko chcę się starać. O, zobacz to dla ciebie. Tulipan. Tak
jak lubisz. Czarnego nie znalazłem ale białe tez lubisz. Pani w kwiaciarni kazałem
najładniejszego wybrać – uśmiechał się do mnie tak jakby wiedział, że już
wszystko zdziałał.
- Czego ty ode mnie oczekujesz Adrian? Co chcesz osiągnąć tą
rozmową, po tym wszystkim co zrobiłeś? – spytałem oschle patrząc mu w oczy.
- Usiądź, porozmawiaj ze mną. Wysłuchaj mnie, proszę.
Chwycił moją dłoń i zaprowadził w kierunku łóżka. Usiadłem.
Wysłuchałem. Zawsze wiedział jak w kilka minut sprawić bym wybaczył. Zostałem.
2
miesiąc wcześniej
- Cześć kochanie! – krzyknąłem wchodząc do mieszkania –
Kupiłem nam coś.
- Co kupiłeś?
- Skarbonkę. Zobacz żółta świnia – pokazałem przedmiot
mojemu chłopakowi.
- Śmieszna. A po co nam to? – spytał z uśmiechem.
- Będę do niej wrzucał pieniądze. Zarabiam dużo, a cały czas
kupuję kolejne ciuchy. Przez to że
wypłatę dostaję tygodniówkami, wiesz jak ciężko jest coś odłożyć. Ty teraz nie pracujesz, a plany jakieś już
mamy. Pomogę nam je spełnić – wytłumaczyłem.
- Cieszę się. Przynajmniej nie będziesz trwonił wszystkiego
na te łachy.
Zadowolony postawiłem przedmiot na półce kredensu. Byłem dumny ze swojego postanowienia. Chcieliśmy
wyjechać do większego miasta, mieszkać razem, pracować, żyć w społeczeństwie.
Musieliśmy mieć jakieś swoje pieniądze na wynajęcie mieszkania i inne wydatki.
Adrian nie pracował. Pomysł na jego własny interes nie wypalił, więc aktualnie
starał się wymyślić co dalej. Zawsze był typem biznesmena i uważał, że osiągnie
zawodowy sukces zaciągając kolejny kredyt w banku na nowy „pomysł na siebie”.
Drażniło mnie to, ale starałem się wspierać go w tym nie pokazując wątpliwości.
Po naszych ostatnich przeżyciach i kłótniach, odmieniliśmy swój związek. Po
wieczorze na pogotowiu i zszywanej czaszce zdecydowaliśmy więcej rozmawiać ze
sobą i starać się siebie rozumieć. Zdarzały nam się kłótnie ale porównując je
do niektórych wydarzeń sprzed czterech miesięcy, uważałem że wszystko idzie w
dobrym kierunku. Starał się. Pił mało i rzadko. Nigdy sam. Tak jak obiecał.
3
dzień wcześniej
Pierwszy raz dostałem tak dużą wypłatę. Szef pogratulował mi
wyników i oznajmił że należy mi się dodatkowa premia. Cieszyłem się. Przed
oczami miałem już wyobrażenie jak Adrian zadowolony jest z pokaźnej sumy, która
dorzucam do skarbonki. Minął miesiąc od jej kupna, a ja zdołałem odłożyć
kilkaset złotych. Liczyłem je codziennie napawając się dumą. Byłem zadowolony,
że po raz pierwszy w życiu realizuję swój cel do końca. Pieniądze które już
mieliśmy wystarczą na wynajęcie mieszkania. Musiałem jeszcze uzbierać coś na
życie. Wyjazd był coraz bliżej. A tam cudowna przyszłość razem. Zadzwoniłem do
Adriana. Chciałem go poinformować, że dostałem tak dużo pieniędzy i powiedzieć,
że właśnie kończę pracę. Nie odebrał.
Pewnie bierze kąpiel
– pomyślałem.
Uśmiech nie znikał z mojej twarzy przez całą drogę.
Otworzyłem szybko drzwi i wbiegłem do domu. Wesołość, którą miałem w sobie
jeszcze przed chwilą zdawała się być odległa o kilka epok. Spał. W powietrzu
unosił się odór alkoholu i dymu papierosowego. Na małym stoliku przy łóżku,
ułożonych było równo w rzędzie siedem puszek po piwie. Każda otwarta. Rytualnie
jedna niewypita do końca. Nie pracował. Nie mógł mieć na to pieniędzy.
- Przecież nie…- urwałem podchodząc szybko do kredensu.
Żółta świnka stała w tym samym miejscu. Uśmiechała się tą
swoją śmieszną mordką, wytrzeszczając na mnie namalowane, czarne oczy. A do
tego napawała optymizmem nie tyle przez narysowane na niej kwiatki, ile przez
zawartość, którą skrywała w środku. Właśnie przestała nim napawać. Żółta świnka
była pusta.
- Wstań! – powiedziałem głośno szturchając go w ramię –
Wstań powiedziałem, chcę cię o coś spytać.
- Dlaczego mnie budzisz? – powiedział obrażonym,
zaciągającym głosem. Był pijany.
- Dlaczego piłeś? – starałem się być spokojny. Chciałem, by
mój głos brzmiał stanowczo i inteligentnie.
- Bo tak chciałem – odpowiedział krótko.
- To nie jest odpowiedź.
- Nie interesuje mnie to. Dałem taką odpowiedź, jaką uważałem
za słuszną – ton jego głosu brzmiał jak walkman z wyczerpującą się baterią.
- Gdzie są pieniądze ze skarbonki? – brzmiałem coraz
bardziej zdenerwowanie i dosadnie. Było mi wszystko jedno.
- Nie ma – odpowiedział krótko.
- Tyle zauważyłem. Pytałem gdzie są – moje poirytowanie
rosło z każdą sekundą.
- Wydałem. Kupiłem piwa. Musiałem się napić.
- Adrian! – krzyknąłem
– Nie wydałeś na siedem piw kilkuset złotych! Co zrobiłeś z naszymi pieniędzmi?
- O! Widzisz?! Naszymi pieniędzmi. Na-Szy-Mi. Czyli ja też
mogłem zdecydować, co chcę z nimi zrobić!
- I co zrobiłeś z nimi? – starałem się uspokoić i mówić
ciszej. Wiedziałem, że nic nie wskóram krzykiem na pijanego człowieka.
- Zgubiłem może – na chwilę pomyślałem, że widząc tę sytuację
z boku zapewne śmieszyłyby mnie dawane przez niego odpowiedzi. Sytuacja jednak
dotyczyła mnie. Nas. Nie było mi z tym do śmiechu.
Wybiegłem. Czułem, że się rozpłaczę, a nie chciałem żeby to
widział. Pił. Przekreślił wszystko. Obiecywał. Starałem się wrócić myślami do
momentu, w którym szczęśliwy wracałem do domu i pochwycić choć trochę tamtego
siebie. Nie potrafiłem. Poszedłem do sklepu. Nie paliłem od kilku miesięcy.
Czułem, że teraz bardzo potrzebuję papierosa. Kupiłem paczkę Marlboro Light,
półlitrową butelkę czystej wódki i karton mleka. Usiadłem na ławce.
Rozmyślałem. Starałem się uspokoić, ale nie mogłem myśleć o niczym innym.
Czułem się oszukany i psychicznie zdradzony. Nie wiem jak długo tam siedziałem.
Nie doszedłem do żadnych wniosków. Wiedziałem, że to koniec. Koniec nas.
Wróciłem do domu. Zgodnie z moimi przypuszczeniami spał nie
reagując na mój powrót. Patrząc na stół zdałem sobie sprawę, że oprócz puszek
jest tam też pusta butelka po whisky. Nie byłem pewien czy wcześniej tam stała.
Dostałem ją kiedyś od niego na urodziny i trzymałem, by otworzyć przy
specjalnej okazji. Nie zdążyłem. Stała tam teraz zupełnie pusta śmiejąc się
ostatnimi kroplami z mojej naiwności. Poszedłem do kuchni. Odkręciłem kupioną
butelkę wódki i całą zawartość wylałem do zlewu. Otworzyłem karton z mlekiem i
powoli, starając się nie rozlewać, uzupełniłem nim butelkę. Wróciłem
do pokoju. Usiadłem w fotelu stawiając butelkę na stole. Zapaliłem papierosa.
Wyrwałem z zeszytu czystą kartkę. Napisałem grubym czarnym mazakiem:
T Y M S I Ę N A P I J !
! !
Oparłem kartkę o wypełnioną mlekiem butelkę w taki sposób,
aby były to pierwsze rzeczy jakie zobaczy po przebudzeniu. Dopaliłem papierosa.
Wyszedłem na spacer.
4
Kiedy wróciłem do domu nie spał. Siedział wpatrzony w puszkę
piwa, którą trzymał w dłoniach. Nie zwracałem na niego uwagi. Z szafy
wyciągnąłem podróżną torbę. Zacząłem wrzucać do niej ciuchy. Nie chciało mi się
płakać. Byłem obrzydzony człowiekiem, którego kochałem. Poszedłem po następną
torbę. Nie odzywałem się ani słowem.
- Kochanie – powiedział cicho.
Wiedziałem, że przez cały czas mnie obserwuje. Nie
odpowiadałem. Nie miałem ochoty nawet na niego spojrzeć.
-Kochanie… - powtórzył
- Kochanie…
Nagle rozległ się ogromny huk. Słyszałem dźwięk przewracanych
i odbijających się puszek. Chciałem się obrócić, ale w tym momencie mój
kręgosłup przeszył ogromny ból. Silne uderzenie pięścią sprawiło, że straciłem
oddech. W ciągu ułamka sekundy opadłem bezsilnie pchnięty na łóżko. Nie byłem w
stanie krzyczeć. Chciałem, próbowałem, ale głos nie wydobywał się z mojej
krtani. Kolejne uderzenia w plecy potęgowały wielki ból kręgosłupa. Chciałem by
przestał ale nie miałem siły się podnieść. Czułem, że jego złość potęguje fakt,
że nie reaguję ale nie byłem w stanie się ruszyć. Siedział na mnie okrakiem uderzając
na przemian w plecy i głowę zaciśniętą pięścią. Dziękowałem Bogu i jednocześnie
modliłem się, by nie było to nic innego niż pięść. Aby nie przyszło mu do głowy
chwycić za coś i tym uderzać. Nie trwało to długo. Był zbyt pijany. Po około
dwóch minutach, które zdawały się być wiecznością jego uderzenia stawały się
słabsze i wolniejsze. Zaczynałem odczuwać ulgę. Wiedziałem, że już kończy.
Podniósł się ze mnie powolnym i ociężałym ruchem. Czułem, ze tracę przytomność.
Chciałem odpłynąć, zasnąć, umrzeć. Nagle poczułem jak silnym i stanowczym
ruchem spodnie zjeżdżają mi w dół wraz z bielizną. Mocnym parciem na moje ciało
wszedł we mnie, pomimo nieosiągniętego w
pełni wzwodu. Płakałem. Dopiero teraz bezdźwięcznie zacząłem płakać. Kolejne
miejsce mojego ciała przeszył silny ból, kiedy sądziłem że to już koniec
cierpienia. Stękał i sapał. Wiedziałem, że sprawia mu to wiele trudności, a jednocześnie
przez siłę z jaką naciskał, czułem jego determinację. Nienawidziłem go. Kolejne
trzy minuty cierpienia zakończone zostały rykiem wydostającym się z jego
gardła. Po wszystkim wyszedł ze mnie i nogami pchając w żebra zepchnął z łóżka.
5
Leżałem tam. Z gołą i obolałą
dupą. Obnażony przez zsunięte z pośladków majtki. Bałem się ruszyć. Bałem się
go zdenerwować. Ból ustawał. Czułem się coraz słabszy. Resztkami sił cicho
doczołgałem się do łazienki. Chwyciłem za wannę i podniosłem się w górę. Z
uwagi na podłączoną bezpośrednio do szamba kanalizację wanna zawsze musiała być
przytkana korkiem. Wyciągnąłem rękę do kurka. Zimna woda wywoływała ogromną
ulgę. Chciałem, by ta chwila trwała wiecznie. Widziałem jak wanna zapełnia się
wodą, ale nie miałem siły podnieść się na tyle, by do niej wejść. Nie musiałem.
Nagle poczułem, że tracę przytomność. Ciało przestawało czuć cokolwiek.
Pamiętam tylko głowę zanurzającą się pod wodą i odbijającą o blachę wanny. Nie
wywołało to bólu. Odpłynąłem.
- Nic ci nie jest?! – krzyczał Adrian. Nie wiedziałem co się
dzieje. Byłem cały mokry i kompletnie bezsilny. On wydawał się o wiele
trzeźwiejszy – Wpadłeś do wanny. Cały. Usłyszałem huk. Wystraszyłem się.
- Od-pier-dol się ode mnie – wyszeptałem głosem konającego
dziadka.
Wyszedł bez słowa. Byłem przerażony. Nie czułem już dużego
bólu. Uśmierzyła go zimna woda i dochodzący do siebie po omdleniu mózg.
Spojrzałem na podłogę i na nadal opuszczone do kolan majtki. Ślady krwi. Czerwone
plamy wspomnień zeszłych chwil. I wciąż ten nieustający strach. Piekło i bolało
jednocześnie. Było mi wszystko jedno. Zasnąłem.
Epilog
Na ławkę nagle zleciał gołąb. Nie
wiadomo skąd sfrunął niewzruszony stawiając łapy na oparciu mojej ławki w
momencie, gdy mocno przyciśnięte ostrze zaczęło przesuwać się po ręce. Nie
pamiętam od jak dawna tak bardzo boję się ptaków. Szczególnie gołębi. Ochoczo przekazuję
tę informację możliwie jak największej ilości znajomych mi osób, aby ci idąc ze
mną mogli przeganiać ptaszyska z mojej drogi. Najmniej pewnie czuję się w
Rynkach dużych miast. Tam jest ich zawsze najwięcej. Podziwiam dzieci
wbiegające żwawo w stado ptaków, uśmiechnięte i zadowolone próbują pochwycić trzepoczące
skrzydła. Okropność. Jestem posłuszny ptakom. Królują nade mną. Grzecznie
przechodzę na drugą stronę ulicy, gdy one mają akurat ochotę pospacerować sobie
moją częścią chodnika. Nie karmię ich chlebem, ale też nie tupię na nie nogą. Starałem
się to zwalczyć. Nawet papugę kupiłem. Zamykałem wszystkie okna i dzielnie
otwierałem klatkę, aby mogła sobie pofruwać. Nie dawałem sobie z tym rady.
Chciałem. Bardzo chciałem. Ale strach zatrzymujący serce, za każdym razem,
kiedy moje niebieskie ptaszysko przelatywało z jednego mebla na drugi, był tak
silny, że nie umiałem sobie z tym poradzić. Czekałem tylko aż w końcu wleci do
klatki bym mógł ją tam zamknąć. Czułem w pewnym sensie ulgę, kiedy zobaczyłem
pewnego ranka, że ptaszek leży na dnie klatki bez ruchu. Czułem się wtedy
silniejszy od niego i nienawidziłem siebie za te odczucia. Nie zrobiłem mu
ceremonialnego pogrzebu. Po prostu poprosiłem mojego chłopaka, aby wyrzucił
ptaszynę do śmietnika pod zlewem. W parku z moją ławką nie widywałem gołębi.
Może po części to decydowało o jeszcze większym bezpieczeństwie tego miejsca. Wyjąłem z kieszeni spodni paczkę chusteczek
higienicznych. Przyłożyłem jedną z nich na powstałe skaleczenie na ręce.
Przycisnąłem mocno. Nie bolało. Piekło. Rana nie była głęboka.
- Boję się ciebie – powiedziałem cicho do ptaka.
Spojrzał na mnie. Byłem pewien, że na mnie patrzy. Uniósł w
górę skrzydła i wtedy zauważyłem, że jedno z nich jest prawdopodobnie złamane.
Opadało w połowie w dół. Opuścił je i został jeszcze chwilę pozwalając mi
zrozumieć. Nie musiał znać ludzkiej mowy. Wiedziałem, że nie potrzeba nam słów i opowieści o
jego cierpieniu, którego doświadczył łamiąc skrzydło. Pokazał mi, że nadal
istnieje. Że potrafi patrzeć na mnie tak, że nie ofiarowuje mi przy tym
poczucia strachu. Zeskoczył z ławki i tuptając parkową alejkę udał się w
nieoświetloną część parku. Kochał życie mimo złamanego skrzydła. Dziękował za
istnienie, pomimo po drodze doznanego cierpienia.
Wstałem. Spojrzałem w niebo szukając nadziei i starając się
jak ptak pokochać życie.
- Szukam Cię Tato.
Ktoś kiedyś powiedział mi:
„Jeśli się czegoś
boisz, rób to tak długo aż ten strach nie zniknie.”
Tej nocy wszedłem w stado ptaków…

Komentarze
Prześlij komentarz