1
Siedział. Nie ruszał głową, nie kiwał nogą i nie dłubał w
nosie palcem. On po prostu siedział. Wpatrzony w ostatnią otwartą puszkę piwa.
Nigdy nie dopijał tej ostatniej. Chyba przez to zdefiniowałem któregoś dnia
jego alkoholizm. Swoisty rytuał. Nigdy nie zasnąłby ze świadomością, że została
choćby jedna nieotwarta puszka. Nieważne czy było ich pięć, czy też dziesięć.
Dzisiaj to była ósma. Opróżnił całą reklamówkę. Nienawidzę dźwięku otwieranej
puszki. Zawsze kupuję w butelce. Przez chwilę zamyśliłem się nad tym faktem.
Jak bardzo smutna jest świadomość, że to jest akurat dźwięk, którego
prawdopodobnie nigdy nie zapomnę? Czułem, że jeżeli zaraz nie wyjdę z domu,
serce wyskoczy mi przez gardło. Wybiegłem nie trzaskając drzwiami. Już nawet na
to nie miałem wtedy siły. Nie wiedziałem dokąd zmierzam. Ten park, który tak
zawsze lubiłem. Był tak daleko. „W tym mieście wszystko jest daleko” –
pomyślałem. Nie wsiadłem w tramwaj, nie skorzystałem z taksówki, nie pojechałem
autobusem. Biegłem.
- Przepraszam – usłyszałem nagle głos nad głową. – Czy mogę
się przysiąść?
- Wybacz ale nie jestem w nastroju do rozmów. – powiedziałem
słabo powstrzymując łzy. Słyszałem jak głos mi się załamuje.
- Nie spytałem o rozmowę. Poprosiłem o możliwość spoczynku
na tej ławce – powiedział spokojnie.
„Możliwość spoczynku? Dziwak. Kto dzisiaj używa takich
słów?!” – pomyślałem.
- Dlaczego akurat tutaj, na tej ławce, skoro jest wiele
innych wolnych ławek w tym parku. O, zobacz tę naprzeciwko na przykład. – byłem
zdziwiony. Mój łamiący się głos zaczynał uspokajać się. - Poza tym moja ławka
jest najbrzydsza. Chyba jedyna jeszcze nieodmalowana w okolicy.
- Dokładnie tak – odpowiedział. – To ławka z historią.
Strzegę jej codziennie. Dziś mnie wyprzedziłeś. Czy w takim razie mogę usiąść
obok, bym mógł nadal strzec mojej ławki?
Zaczynał mnie denerwować. Ten jego spokojny ton
wypowiedzi, oczy wyrażające strach o swoją głupią ławkę. „A niech sobie
ją do domu zabierze! „ -pomyślałem. Do tego jeszcze mówił i używał słów jakby
ze średniowiecza się wyrwał. Czułem, że nie dam jednak za wygraną. Moja złość
wywołana dzisiejszymi wydarzeniami radziła mi w tym momencie nie schodzić z tej
głupiej ławki. Nie miałem siły sprzeczać się z nim o to.
- Wszystko mi jedno. – tylko tyle miałem mu do powiedzenia.
Przesunąłem się delikatnie w lewo. Przez chwilę spoglądał na
mnie. Nic nie mówił. Skierował wzrok na ławkę, jakby oceniał czy nie została
zniszczona od jego ostatniej wizyty. Usiadł spokojnie na drugim końcu. Ze
spuszczoną głową obserwowałem go. Nie chciałem, by wiedział że mu się
przyglądam. Wyglądał zupełnie normalnie. Ubrany w dżinsy i koszulkę z krótkim
rękawem, szare tenisówki i widoczne białe skarpetki. Był bardzo drobny w swojej
budowie. Zupełnie jak dziecko z twarzą dorosłego człowieka. Czarne, prawdopodobnie
farbowane włosy z opadającą na czoło grzywką, a pod nią oczy o nienaturalnym
kolorze. Kiedy stał przede mną wydawały mi się, że są szare, trochę zielone.
Teraz, kiedy patrzył na słońce, widziałem jak stają się niebieskie. Nie
mówił nic. Po prostu siedział i patrzył przed siebie. Wyprostowane ręce po obu
stronach nóg opierały się o ławkę jakby chciały pobrać z niej jakąś tajemniczą
energię. Dłonie miał również stare, pomarszczone. Zupełnie jakby przeszczepione
od innego ciała, a jednocześnie doskonale pasujące karnacją do reszty.
- Dlaczego po prostu nie spytasz? – powiedział po chwili ze
znanym mi już doskonale spokojnym głosem. Zrobiło mi się wstyd. Myślałem, że
przyglądam się bardziej dyskretnie.
- Dlaczego strzeżesz tej ławki?
- Ponieważ jest to ławka z historią. – odparł krótko. Czułem
rosnące poirytowanie. Odpowiadał szybko i krótko, jakby miał gotową odpowiedź
na wszystko.
- To już słyszałem – odparłem – Ale dlaczego akurat tej
ławki? Nic w niej szczególnego. Poobdzierana farba, niekształtne od siedzenia
kawałki drewna, złamane oparcie. Co ma w sobie takiego szczególnego ta ławka?
- Ta ławka – przerwał na chwilę oglądając ją dokładnie –
Dlaczego tutaj jesteś?
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – moja irytacja
wzrastała.
- Przepraszam, ale zdaje mi się, ze odpowiedziałem.
Powiedziałem ci, że to ławka z historią.
- Dziwny jesteś. Nie muszę już wiedzieć nic więcej. –
powiedziałem zdenerwowanym tonem.
Wstałem. Nie miałem siły na takie rozmowy. Nie czułem
potrzeby zastanawiania się nad sensem starej ławki. Poczułem jak łapie mnie za
dłoń. Wystraszyłem się. Spojrzał na mnie tylko. Jego wzrok dziwnym sposobem
odganiał strach. Pozostawało jednak zdziwienie.
- Zaczekaj. – powiedział – Nie odpowiedziałeś na moje
pytanie.
Usiadłem. Było w nim coś tak przyjacielskiego, a ja
potrzebowałem przyjaciela w tej chwili. W tym mieście nie miałem ich zbyt
wielu. Nie mogłem mieć. Mój partner uważał każdego nowopoznanego kolegę za
mojego potencjalnego kochanka, co później kończyło się awanturą. W najlepszym
przypadku. Czasami dostałem w twarz nieświadomy swojej winy. Wybaczałem zawsze.
Uważałem, że będąc z nim muszę dzielnie walczyć z jego alkoholizmem i znosić
nawet takie sytuacje. Dzisiaj wybiegłem z naszego mieszkania, bo czułem że już
więcej wytrzymać nie potrafię. Siedziałem teraz na ławce z opatrunkiem na czole
w towarzystwie nieznajomego człowieka, który był gotów mnie wysłuchać.
- Nie bardzo wiedziałem dokąd pójść – zacząłem – Miałem zły
dzień. Czasami przychodzę tutaj przeczekując burzę swojego prywatnego życia.
Nie wiem czy zrozumiesz, a ja nie mam sił, by ci o tym opowiadać.
- Rozumiem. – odparł mały chłopiec z dorosłą twarzą –
Wybrałeś najlepszą ławkę. Dziękuję, że mogę cię wysłuchać.
Ku swemu zaskoczeniu nabrałem siły, by z nim rozmawiać. Potrzebowałem
kogoś, by się wyżalić i poczułem, że on jest najlepszym na to materiałem. Był
dostatecznie dziwny, by to wszystko zrozumieć i zarazem tak bardzo nieznajomy,
że mogłem bez skrępowania mu o tym opowiedzieć.
2
To był kolejny dzień w pracy, gdy odwiedził mnie Sebastian.
Jeden z moich nielicznych w tym mieście znajomych, choć i za niego zdarzyło mi
się oberwać. Był świetnym kumplem, bardzo go lubiłem. Interesował się moimi
problemami szczerze mi współczując i starając się doradzić w delikatny i
odpowiedni sposób. Lubił dziewczyny, co dla mojego chłopaka nie stanowiło
żadnego argumentu, by mógł czuć się bezpieczniej.
- Zabieram cię po pracy na piwko – powiedział już na
wstępie.
- Nie wiem Seba – odpowiedziałem niepewnie – Mam ciche dni z
Adrianem. Nie bardzo pasuje bym wracał po nocach.
- Właśnie dlatego idziemy na piwo. Nie będziesz siedział w
domu i patrzył jak wypija kolejne piwa. – powiedział z uśmiechem.
- Ale muszę tu jeszcze posprzątać zanim zamknę – odparłem
- Nie ma sprawy. Pomogę ci, to skończymy szybciej-
odpowiedział szybko jeszcze bardziej szerząc uśmiech.
- No dobrze. I tak z Toba nie wygram.
To był miły wieczór. Zawsze dobrze bawiłem się w
towarzystwie Sebastiana. Nie wypiliśmy dużo. Nie chciałem wrócić do domu
pijany. Jedynie być na tyle późno, by nie musieć znosić tej ciszy w domu.
Adrian potrafił czasami nie rozmawiać ze mną przez klika dni, twierdząc że
wcale nie musi mi tłumaczyć powodów swojej złości. Po kilku piwach wstałem od
baru i oznajmiłem przyjacielowi, że wracam do domu. Próbował mnie namówić bym
jeszcze został ale wiedziałem, że już pora bym poszedł.
- Gdzie jest mój plecak? – spytałem zdziwiony, że nie ma go
na barowym hockerze za mną.
- Nie mam pojęcia – odpowiedział Sebastian – Leżał tu za
tobą wcześniej.
Zacząłem rozglądać się dookoła. Znalazłem. Plecak leżał
sobie spokojnie na krześle kilka metrów dalej. Pomyślałem, że musiałem go tam
jednak zostawić wcześniej. Podszedłem po niego, po czym rozpiąłem suwak w
poszukiwaniu odtwarzacza mp3. Nie umiałem wracać do domu nie słuchając muzyki.
- Seba – powiedziałem wracając do baru – Nie mam swojego
odtwarzacza.
- Spokojnie, może zostawiłeś go w pracy – próbował mnie
uspokoić.
- Nie. Jestem pewien, że chowałem go do plecaka. Może wypadł
mi po drodze- powiedziałem zdenerwowanym tonem. Przed oczami miałem już
sytuację, w której oznajmiam mojemu chłopakowi, że zgubiłem sprzęt.
- To co teraz? – spytał kolega.
- Przejdę się drogą do pracy. Może mi gdzieś wypadł.
- Chcesz żebym z tobą poszedł?
- Nie- odpowiedziałem – Zostań i baw się. Jak nie znajdę to
trudno. Dam znać. Cześć!
- Cześć
Wyszedłem. Noc była ciemna, choć bezchmurna. Było już późno.
Postanowiłem się pośpieszyć, aby szybko wrócić do domu. Nagle zobaczyłem
stojącego na boku drogi mężczyznę. Stał i patrzył na mnie. Nie stanowiłoby to
nic nadzwyczaj dziwnego gdyby nie fakt, że machając ręką trzymał moją
empetrójkę. Był starszy. Mógł mieć około trzydziestu pięciu lat. Musiał mi
ukraść sprzęt w barze. Zdałem sobie sprawę, że pewnie nie bez powodu mój plecak
nagle znalazł się na środku lokalu.
- Skąd to masz? – powiedziałem podchodząc do niego.
- Jesteś bardzo nieuważny – powiedział krótko uśmiechając
się przy tym.
Złapałem za kabel sprzętu. Próbowałem mu go wyrwać, ale nie
chciał puścić. Wiedziałem, że jeżeli pociągnę jeszcze bardziej, to kabel się
urwie i odtwarzacz będzie bezużyteczny. Puściłem. Kłamałem, że rzecz nie jest
moja lecz pożyczona. Prosiłem aby mi ją oddał. Odpowiedział, że oczekuje czegoś
w zamian.
- Nie mam pieniędzy – powiedziałem smutnym głosem – Proszę
oddaj mi to.
- Nie chcę pieniędzy – jego uśmiech stawał się coraz
większy.
- To czego chcesz? – spytałem zdziwiony.
- Jesteś młody, przystojny. Zastanów się czego mogę od
ciebie oczekiwać.
Zamarłem. Nie sądziłem, że takie sytuacje naprawdę się
zdarzają. Że ktoś może tak po prostu i naturalnie powiedzieć coś takiego
nieznajomemu człowiekowi. Byłem bardzo drobnym chłopakiem. Nie wygrałbym z nim.
Bałem się. Ale jeszcze bardziej bałem się sytuacji, w której musiałbym
powiedzieć mojemu chłopakowi, że nie mam odtwarzacza. Musiałem to rozegrać
inaczej.
- Dobrze. Poczekaj. Pójdę z tobą dokąd chcesz – starałem się
mówić spokojnie – Tylko muszę zabrać kurtkę z baru. Zostawiłem ją tam.
- W porządku. – odpowiedział – Mam tylko nadzieję, że mnie
nie nabierasz . Musisz wiedzieć, że obserwuję cię od dłuższego czasu.
Przychodzisz tutaj dosyć często. Jeżeli dzisiaj nam nie
wypali, to jeszcze na pewno się spotkamy.
Byłem wystraszony. Nie rozumiałem jak ten człowiek mógł
mówić to wszystko z takim spokojem i uśmiechem na twarzy. Zbliżaliśmy się do
wejścia klubu. Wiedziałem, że Sebastian jeszcze tam jest. Oczywiście nie miałem
wcześniej przy sobie żadnej kurtki.
- Zaczekasz tutaj? – spytałem.
- Tak, zaczekam – odpowiedział – Tylko pamiętaj o tym co
powiedziałem.
Wbiegłem do klubu. Poinformowałem szybko Sebastiana o tym co
się stało. Nagle stojący przy barze ochroniarze zerwali się do wyjścia.
Pobiegliśmy wszyscy na ulicę. Nie było nikogo. Uciekł. Musiał wiedzieć, że
kłamię. Następne chwile spędziliśmy na przeszukaniu drogi w pobliżu. Ani śladu.
Jedynie pusty kufel po piwie, który wcześniej trzymał w drugiej ręce.
Oznajmiłem chłopakom, że wracam do domu. Wiedziałem, że już nie odzyskam swojej
własności. Biegłem całą drogę do domu. Bardzo bałem się zatrzymać choćby na
moment. W głowie miałem tylko jego słowa mówiące o tym, że od dawna mnie
obserwuje. Wyciągnąłem telefon. Nadal biegnąc wybrałem numer Adriana.
- Słucham – odebrał. Słyszałem, że jest pijany. Nie
przeszkadzało mi to.
- Proszę odtwórz mi szybko drzwi kiedy zadzwonię domofonem.
Nie mam czasu szukać kluczy. Ktoś mnie chyba goni. Proszę otwórz mi drzwi jak
tylko zadzwonię – mówiłem bardzo szybko nadal biegnąc. Zacząłem płakać.
- Nic nie rozumiem – powiedział zdenerwowany – Kto cię goni?
- Opowiem ci wszystko w domu – krzyczałem – Proszę otwórz mi
drzwi.
Rozłączyłem się. Byłem już blisko. Łzy cały czas leciały mi
z oczu. Podbiegłem pod klatkę. Odebrał zaskakująco szybko. Wbiegłem na górę i
kazałem mu zamknąć drzwi. Rzuciłem się zdyszany na łóżku. Adrian prosił bym
opowiedział mu wszystko. Starałem się wypowiadać słowa, choć zmęczenie i
płacz ledwo mi na to pozwalało. Leżałem na brzuchu i powoli uspokajając się
opowiadałem mu o tym co zaszło. Nagle poczułem bardzo silny ból. Pięść z
ogromną siłą uderzyła mnie w środek kręgosłupa. Poczułem, że tracę oddech. Nie
mogłem już nic mówić, ani płakać. Zepchnął mnie na podłogę, kładąc się na łóżko
i przykrywając kołdrą. Nie wiem czy straciłem przytomność, czy po prostu
zasnąłem. Tej nocy już nie wróciłem na łóżko.
- Wstawaj! – krzyknął Adrian z samego rana – Idziesz na
policję zgłosić zawiadomienie o przestępstwie.
- Co? – spytałem otwierając oczy.
- To, co słyszałeś! Wynoś się na policję i zgłoś kradzież
albo wypieprzaj z mojego życia! – nie przestawał krzyczeć – Nie wierzę ci! Nie
wierzę, że ktoś mógłby proponować ci takie rzeczy. Pewnie sprzedałeś ten
odtwarzacz.
Tego ranka złożyłem zeznanie. Przeglądałem kilka
segregatorów ze zdjęciami ludzi oskarżonymi o kradzieże i przestępstwa na tle
seksualnym. Nie rozpoznałem na nich sprawcy. Czułem, że sytuacja wcale nie
poprawi się gdy wrócę do domu i o tym opowiem. Przez następne dni musiałem
chodzić z Adrianem do tego baru. Twierdził że skoro nie kłamię, to ten człowiek
w końcu się w nim pojawi. Przez klika kolejnych dni siedziałem z nim
obserwując jak upija się piwami i czekałem na mężczyznę, którego się bałem. Nie
pojawił się.
- Nie chcę już tam chodzić – powiedziałem w drodze do domu.
- Nie interesuje mnie to – odpowiedział krzycząc.
- Nie kłamię cię. On naprawdę tam był – zacząłem płakać –
Codziennie chodzę tam z tobą po pracy, aby cię zapewnić, ale zrozum, że ja też
się boję.
- Nie wierzę w to. W ani jedno twoje słowo- spojrzał na mnie
zatrzymując się na chodniku – Taką sytuację znalazłeś w jakimś cholernym
filmie. Opowiedziałeś mi ją jedynie po to, bym cię żałował.
- Dlaczego robisz ze mnie potwora, kiedy to ty nim jesteś!?
– krzyczałem i płakałem. Nie wytrzymałem – Przecież to ty mnie notorycznie
wyzywasz, bijesz, a nawet zdradzasz!
W tym momencie poczułem jeden z najgorszych bólów jakie
doznałem w życiu. Torba w jego ręce z ogromnym hukiem odbiła się od mojej
głowy. Uderzył z taką siłą, że na mojej głowie rozbił się gruby flakon perfum,
które miał w torbie. Po chwili już nie bolało. Nie czułem nic poza olbrzymim
spadkiem energii. Widziałem jedynie krew lejącą się po twarzy. Leciała jak z
kranu szybko kapiąc na chodnik. Resztkami sił zadzwoniłem na policję. Adrian
uciekł. Bał się, że go oskarżę. Krzyczałem i płakałem. Byłem na niego tak zły.
Patrzyłem jak uciekał. Policjanci zadzwonili po pogotowie i po chwili
odjechali, ponieważ nie chciałem im powiedzieć kto mnie uderzył. Nie mogłem.
Nawet w tej sytuacji. Na oddziale ratunkowym założyli mi kilkanaście szwów i
wstrzyknęli zastrzyk nie wiadomo z czym. Sądzili że jestem pijany, bo
majaczyłem i krzyczałem, że chcę zadzwonić do swojego chłopaka. Byłem bardzo
zdziwiony, kiedy oznajmili mi że mam samodzielnie udać się do domu. Tak po
prostu. Nie być odwiezionym karetką, ani też zostać na oddziale, tylko
samodzielnie wrócić do domu. Wróciłem. Mojego chłopaka nie było w mieszkaniu.
Zadzwoniłem do niego. Zaskakując sam siebie prosiłem, by wrócił do domu.
Zasnąłem.
- Nie zniosę tej ciszy! – krzyknąłem – To ty zrobiłeś mi
krzywdę i nawet nie powiedziałeś, że przepraszasz! Zamiast tego siedzisz
tutaj jak co dzień, opijając się tym swoim piwskiem. Nienawidzę cię!
Wybiegłem. Byłem rozgoryczony. W głowie przewijały mi się
wszystkie zdarzenia ostatnich dni. I dzień dzisiejszy. Kiedy poszedłem do
szpitala na zmianę opatrunku. Kiedy zrobiono mi rentgen i stwierdzono pękniętą
czaszkę. Czułem, ze ktoś ingeruje w moje życie. Sam siebie zacząłem się
brzydzić. Biegłem. Czułem że musze po prostu biec. Nie przestawać. Aż znalazłem
moją ławkę. Wtedy poczułem spokój. Poczułem spokój i ciepło. Chęć, aby spocząć
na tej właśnie ławce. Po prostu spocząć.
3
- Przepraszam, że obarczam cię moją historią – powiedziałem
smutno spoglądając na małego chłopca.
- To ja prosiłem, bym mógł cię wysłuchać – odpowiedział
bardzo spokojnie – Widzisz moją twarz? Moje dłonie też widzisz? Każda
zmarszczka symbolizuje ból jakiego doznaje się w życiu. Zapewniam cię
przyjacielu, że i ten którego doznałeś ostatnim twoim cierpieniem nie jest. Ale
pozwól, że przekażę ci teraz coś, co na zawsze zapamiętasz. Coś głośniejszego,
niż dźwięk otwieranej puszki po piwie. Po moich zmarszczkach możesz zliczyć ile
ja doznałem w zyciu cierpienia. Ilu ludzi zraniło i zostawiło trwałe ślady. Ale
idę nadal przez zycie w sercu nosząc pewne przeswiadczenie.
- Jakie to przeświadczenie? – przerwałem małemu chłopcu.
- Nieważne ilu ludzi nie będzie mnie szanowało.
Nieważne ilu jeszcze pokocham ja, a ilu mnie znienawidzi. Bo przecież po drodze
muszę czasami i coś prawdziwego spotkać. Coś, co choćby na chwilę miałoby
zaistnieć. Bo dobro jest prawdziwe i spełnienie mi daje. Więc nie policzę ile
razy zapłaczę, ile razy się potknę i ile razy upadnę. Policzę ile razy wstanę.
Ile razy się podniosę z twardym postanowieniem. Ile razy dobrą chwilę dostanę.
Nie mój drogi, wcale nie zrobię bilansu. Bo każda dobra chwila z milionem złych
myśli wygrywa…
- Czy myślisz, że i ja bym tak potrafił – spytałem.
I w tym momencie poczułem powiew kojącego wiatru. Zrobiło mi
się bardzo przyjemnie i dziwnie jednocześnie. Spojrzałem na małego chłopca,
który zaczął uśmiechać się nie spuszczając ze mnie wzroku. Wiatr, choć
przyjemnie, zaczynał wiać coraz mocniej rozwiewając czarne włosy chłopca. I
wtedy na jego czole, pośród wszystkich mocnych zmarszczek, dojrzałem bliznę.
Ślad sprzed kilku lub kilkunastu lat, który odkrył wiejący wiatr. Ślad, który
mimo że pamiętał ból i cierpienie, to przegrywał z usmiechem chłopca. Oczy,
które przed chwilą podziwiałem, były oczami które od dawna podziwiają we mnie
ludzie. Wiedział, że zrozumiałem. Irracjonalnośc tego wydarzenia zdawała się
nie być ani trochę ważna.
- Masz w sobie pokłady wiary, których nie mają ci, którzy
fizycznie pokazują jak bardzo od ciebie są silniejsi. Ta wiara mieszka w twoim
sercu i jest szczera, dopóki i serce twoje będzie względem siebie szczere. Tam,
w górze, ktoś czuwa nad tobą. A teraz już proszę, zostaw mnie samego.-
powiedział ze swoim spokojem.
Choć nie chciałem, to zrobiłem jak poprosił. Wiedziałem, że
chce zostać sam swojej ławce. Na ławce z naszą historią. Siedział tam.
Nienazwany. Wpatrzony w niebo. Obserwowałem go przez dłuższą chwilę. Intrygował
mnie. Zastanawiałem się, o czym mówi sam do siebie. To był zły dzień.
Pełen zwątpienia w człowieka. Przesycony goryczą i żalem. Jeszcze kilka godzin
wcześniej w sobie miałem te wszystkie negatywne uczucia. A teraz nic. Nawet
twarz całą miałem już suchą. Uśmiechniętą, zasiloną nauką i wspomnieniem. Nigdy
więcej nie spotkałem małego chłopca, chociaż z biegiem czasu poznawałem w sobie
jego obecność.
I kiedy jest źle, kiedy droga życia jest długa i kręta,wtedy
wybiegam by spocząć na ławce z moją historią. Pełen bólu i cierpienia ogladam
kolejne rysy na ławce. Oceniam mijający czas. Siadam na mojej ławce i spoglądam
w niebo. Pełen wiary i nadziei mówię tylko:
- Szukam Cię Tato...

Bardzo interesujące opowiadanie. Jestem ciekaw jak je rozwiniesz bo wydaje się być zamkniętą historią ;)
OdpowiedzUsuń